wtorek, 22 grudnia 2009

Zmiany z Nowym Rokiem.

No i skończyło się. Na własne życzenie. Miałam sobie w pracy caffe internet a teraz....od Nowego Roku zmieniam pracę. Nie będzie juz tak leniwie. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowa praca.Stres.
Po 13 latach w końcu uciekam stąd. Jakby mi dobrze płacili to pewnie bym dalej tu siedziała, bo mi dobrze było...:-) Oni mi nie płacili, ja nie robiłam. Teraz to się zmieni.No i będę dojeżdżała...Tak więc będę poza domem 12h. Wracam nareszcie do zawodu księgowej. Mam nadzieję,że będzie dobrze. Nowy Roki-idzie nowe. Życzcie mi szczęścia.

niedziela, 20 grudnia 2009

Wesołych Świąt.




Magia świąt to dziecięca wiara w Świętego Mikołaja, spokojna rozmowa z bliskimi przy kominku, rozleniwiony telefon, zaspany budzik i śnieg, który nie jest utrapieniem.

Magicznych Świąt Bożego Narodzenia wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy zaszczycają mnie swoją obecnością życzę ja.

sobota, 19 grudnia 2009

Zima.

Dziś rano (godz. 5.10) śnieg posypany był diamentami. Skrzyły się pięknie na śniegu w świetle latarni. Prosiły się by je pozbierać.

Jednak nie mam czym. Wczoraj poszłam na targ (Wolbromskie Złote Tarasy) i najpierw zamarzły a potem odpadły mi wszystkie członki. Mój wielki nos też. Tym sposobem minęła mnie jedna operacja plastyczna.

Tragiczny to widok jak członki odpadają.Stałam w kącie i tajałam a one pstryk, pstryk...i odpadły.

Muszę stwierdzić,że jestem nieodporna na zimno. Człowiek już odwykł od zimna a i odzież ( w tym buty) też są inne. Gorsze.
Kiedyś przy 25 stopniowym mrozie darłam na Babią Górę a dziś...
Jeszcze trochę, byle do emerytury a potem Kanary jak obiecywały OFE.

piątek, 18 grudnia 2009

Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia.

Udają,że mi płacą, ja udaję,że pracuję.

I tak:

6.00 - 6,45 Kawa. W międzyczasie przegląd zaprzyjaźnionych blogów, przegląd poczty.
6.45 - 7.30 Mycie szklanki. Przeglądanie zaprzyjaźnionych blogów,przegląd prasy.
7.30 - 8.30 Telefon.Zbycie ew.petentów i ludzi roszczących sobie prawo do nacisków
na mnie.
8.30 - 8.45 Śniadanie.
8.45 -10.30 Przegląd prasy i portali.Próba podjęcia pracy skończona niepowodzeniem.
10.30-11.30 Kawa.
11.30-12.30 Kolejna próba podjęcia pracy. Tym razem zakończona sukcesem.
12.30-14.00 Oczekiwanie na fajrant.Zbywanie ew.petentów.Plotki z koleżanką, kolegą,
szefową.

Oświadczam,że nie pracuję w Caffe internet. :-)

W ramach akcji szefostwa przeprowadzonej pod kątem zwolnień mieliśmy wypisać co robimy, czym się zajmujemy.Uzbierało się tego 2 strony A4.Nieprawdopodobne?

Ja to nazywam dobrą organizacją pracy.

czwartek, 17 grudnia 2009

Odruch Pawłowa.

Niedawno córka wspomniała, że mój widok wywołuje u niej odruch Pawłowa.Zaczyna się ślinić.
Kojarzę się jej z jedzeniem.

środa, 16 grudnia 2009

Jeszcze o manipulacji.

Jeszcze o manipulacji, by temat był wyczerpany.
Obiecuję,że to już ostatni raz.

Wszyscy niestety znamy różne formy manipulacji, posługujemy się nimi i spotykamy je przez cały czas, czasem nie zdając sobie z tego sprawy. Czasem robimy to bez słów, bardzo dobrze znamy znaczące westchnienia i wymowne spojrzenia. Zwykły foch, zarzucenie kitą to już manipulacja.

Manipulacja przekształca się w szantaż emocjonalny, kiedy jest stosowana wielokrotnie, by zmusić nas do poddania się żądaniom szantażysty kosztem naszych pragnień i naszego dobra.

A teraz typy szantażystów:

"Prokurator"
Każdy przejaw oporu natychmiast wywołuje w nim złość. Może wyrażać ją agresywnie, poprzez bezpośrednie groźby - to tzw. "aktywny prokurator", natomiast "prokurator bierny" - uparcie milczy. Gotowi jesteśmy zrobić wszystko, by przerwać to milczenie. "Powiedz coś!", "Krzycz na mnie, wszystko jest lepsze niż ta cisza!" - im bardziej się staramy, tym bardziej on się wycofuje i zacina.

"Prokurator" pragnie związku, w którym to on rządzi. Cokolwiek czujesz, jakiekolwiek są twoje potrzeby, on je lekceważy. Szczerze wierzy w słuszność tego, co robi, oraz w to, że ma prawo do realizowania swoich pragnień.

"Jeśli spróbujesz się ze mną rozwieść, to nigdy już nie zobaczysz dzieci!"
"Jeśli nie przyjmiesz tych godzin nadliczbowych, to możesz zapomnieć o awansie!"

Szantażysta grozi: porzuceniem, emocjonalnym odcięciem się, odmową dostarczania pieniędzy, rosnącą złością,groźbą uczynienia nam fizycznej krzywdy.
Staramy się manewrować tak, aby uniknąć kary, którą chcą nam wymierzyć, zaczynamy kłamać, ukrywamy pewne fakty, oszukujemy - by zachować pozory posłuszeństwa.

"Biczownik"
Przypomina trochę małe dziecko, które awanturując się mówi: "Jeśli nie pozwolisz mi obejrzeć filmu, to przestanę oddychać i umrę".
Informują nas, że jeśli nie zrobimy tego, czego chcą, to będą smutni i może nawet nie będą mogli normalnie funkcjonować. Podkreślają, co sobie zrobią, jeśli nie uda im się dopiąć swego.
Jesteśmy tymi, którzy mają biec do nich, kiedy płaczą - aby ich uspokoić. Gdy są smutni - mamy dowiedzieć się, co jest przyczyną ich niezadowolenia, i naprawić wyrządzone zło.
Ostateczną groźbą, jaką mogą wysunąć, jest sugerowanie, że popełnią samobójstwo. Groźba ta może być stosowana regularnie (ale nigdy nie można jej lekceważyć) przez szantażystę, który orientuje się, że odnosi ona najlepszy skutek.

"Cierpiętnik"
Oni wychodzą z założenia, że jeśli źle się czują, są chorzy, nieszczęśliwi, to jest tylko jedno rozwiązanie: my mamy dać im to, czego chcą - nawet jeśli nie mówią nam, co to jest. Dają nam wyraźnie do zrozumienia, że jeśli nie zrobimy tego, czego od nas oczekują, to będą cierpieć i to z naszej winy.
"Cierpiętnicy" są niezwykle zaabsorbowani swoim samopoczuciem, a naszą nieumiejętność czytania w ich myślach uważają za dowód, że nie dość nam na nich zależy. Bo gdybyś naprawdę ich kochał, potrafiłbyś bez słów odgadnąć, co ich martwi. Opanowali do perfekcji grę "Zgadnij, co mi zrobiłeś". Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich pragnień.
Znasz taką sytuację? Głębokie westchnienie, a kiedy pytasz: "co się stało?", rzuca ci przepełnione bólem spojrzenie i mówi: "Nic".
"Cierpiętnicy" mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę są "skromniejszą" odmianą tyranów. Może nie krzyczą i nie robią scen, ale ich zachowanie rani, zaskakuje i złości. Skutecznie odwołują się do naszych uczuć opiekuńczych. Problem polega na tym, że jeśli pomożemy im "ten jeden jedyny raz", to z pewnością wrócą po więcej.

"Kusiciel"
Ci są najbardziej subtelni. Obiecują miłość, pieniądze, karierę i dają do zrozumienia, że jeśli nie będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą, to nie otrzymamy nagrody. Nasze pragnienie otrzymania tego, co zostało obiecane, może być tak silne, że wielokrotnie musi spotkać nas rozczarowanie, zanim zdamy sobie sprawę, że jesteśmy emocjonalnie szantażowani. Watro pamiętać, że "kusiciele" nigdy nie dają nic za darmo.

Rozpoznawanie szantażystów emocjonalnych może być bolesne i przykre. Są to na ogół ludzie, którzy zajmują ważne miejsce w naszym życiu.
Ciekawa jestem, czy potrafisz już skojarzyć osobę ze swojego otoczenia uprawiającą określony typ szantażu. A może wiesz już, jakim typem szantażysty ty jesteś?

Ja osobiście mam coś z każdego typu. :-)

wtorek, 15 grudnia 2009

Szantaż emocjonalny.

Dlaczego niektórzy ludzie są mniej odporni na emocjonalny szantaż, a inni potrafią bez trudu go odeprzeć?

Ja należę, niestety do tych co ulegają.
A podobno odpowiedź leży w nas samych, w naszych wrażliwych miejscach. Te wrażliwe miejsca to nasze nie dokończone psychologiczne sprawy- nagromadzone żale, poczucie winy, niepewność, podatność na zranienia. To nasze czułe miejsca.

Dlaczego o tym piszę, bo ostatnio padłam ofiarą takiego szantażu.Bardzo bolesnego.Trafił w samo serce.
Dopuściłam szantażystę do siebie i pozwoliłam na zadanie ciosu.

Czy kiedy spotykasz się z presja wywierana przez szantażystę:

Nieustannie wyrzucasz sobie ze ulegasz jego zadaniom?
Często jesteś sfrustrowany i rozżalony?
Czujesz się winny i uważasz ze będziesz złym człowiekiem, jeśli nie ustąpisz?
Boisz się ze związek się rozpadnie, jeśli nie ustąpisz?
Stajesz się jedyna osoba, do której szantażysta się zwraca, gdy przezywa kryzys, chociaż są inni, którzy mogliby mu pomoc?
Uważasz ze zobowiązania, jakie masz wobec niego, są większe niż te, które masz wobec siebie?

Jeśli odpowiedziałeś (odpowiedziałaś)TAK choćby na jedno z tych pytań to znaczy ze Twoja reakcja na presje pomaga wytworzyć idealny klimat dla szantażysty.
Odpowiedziałam TAK na co najmniej dwa punkty.I padłam ofiarą. I czuję się źle.

Cechy osoby podatnej:

Nadmierna potrzeba aprobaty
Głęboki lęk przed złością
Potrzeba spokoju za wszelka cenę
Tendencja do przyjmowania zbyt wielkiej odpowiedzialności za życie innych ludzi
Duże wątpliwości do własnej osoby

To tak jakby o mnie.

Najgorsze jest to,że jako ofiara czuję się źle, nie potrafię temu przeciwdziałać.
Czy potępiam osobę, która mnie zaatakowała?
Tak.Czuję złość a właśnie złości chciałam unikać. Nie potrzebuję jej, nie potrzebuję niezgody.

Uważam się odpowiedzialną za każdy problem, który się zdarza w moim życiu czy w życiu innych osób, nawet, jeśli nie miało to nic wspólnego z powstaniem tego problemu.
Szantażyści,podtrzymują w nas to przekonanie. Tak naprawdę, to żądają byśmy, czuli się odpowiedzialni za wszystko, co się dzieje. Jeśli oni są niezadowoleni to my mamy problem.

Szantażyści przedstawiają ofiarom oskarżenia, obwiniając ich o wszystko.

Niekiedy ofiara sama zmierza do sytuacji zbiorowej odpowiedzialności. Jest to tzw. Syndrom Atlasa. Ludzie z tym syndromem wierzą, że sami musza rozwiązać każdy problem, stawiając własne potrzeby na samym końcu. Podobnie jak Atlas, który dźwigał ziemie na ramionach, obciążając się odpowiedzialnością za to, co czują i robią wszyscy ludzie, maja nadzieje, że w ten sposób odpokutują za własne i cudze grzechy z przeszłości i przyszłości.

piątek, 11 grudnia 2009

Myśli swobodne. O niczym.

Nie posiadam takiego daru jak asertywność.Wywiązała się więc na ten temat rozmowa między mną a moją córką. A że rozmowa jak to rozmowa lubi płynąć swoim tokiem, to i nam się popłynęło w meandry kłamstwa.
Tak to wyglądało:

Ja: Jak odmawiać nie urażając przy tym danej osoby?
Ona: Ja odmawiam, ale daje wskazówki jak daną rzecz zrobić samemu. Wiesz: "nie zrobie tego, bo niestety nie mam czasu, ale wystarczy że zrobisz tak i tak, i bedzie dobrze".
Ja: A jak Ci idzie szukanie wymówek?
Ona: Ja mam cala ksiazkę wymówek pt."1000 wymówek na każdą okazję"- od pogrzebu, przez lekarza, utrate glosu, wypadek, skręcenie kostki, brak internetu, uszkodzona komórka...
Ja: Ale one są naiwne, jak u uczniaka!
Ona: wszystko zalezy od tego jak to komuś wmówisz. Ja już tak doskonale kłamię, że ludzie mi wierzą, np. że bliznę na rece mam od urgyzienia małego przybrzeżnego rekina (do wiadomości: blizna pooperacyjna,po złamaniu ręki z przemieszczeniem). Jak byłam na wakacjach to mnie ugryzł.
Kiedyś na poczekaniu to wymyśliłam, bo mi sie nudziło i pomyslalam sobie, że opowiem o rekinie.I uwierzyli. Do tej pory tak myślą.
Jak się dobrze kłamie to można najbardziej nienormalną bajkę wcisnąć.Rekin to bylo najbardziej nieprawodpodobne zwierzę, a i tak uwierzyli.
Ja: A gdzie byłaś na wakacjach?
Ona: Jak to gdzie, przecież mamy rodzine na Florydzie (do wiadomości: nie mamy). Nie wiedziałaś?
Ja: Nie.
Ona: Wiem, że tam nie ma rekinów, ale się wtedy pojawiły.Taki mały przybrzeżny.Wiesz na płyciznach pływają takie. Przyczepił się do mojego łokcia jak się bawiłam w wodzie, wgryzł w skórę i nie dalo się go odciagnąć.Od razu szpital, uwalnianie.
Ja: A komu te bzdury opowiadałaś?
Ona: Kolegom ze studiów. A wiesz jak złamałam nos? bo mam krzywy(do wiadomości: krzywa przegroda). Ktoś się mnie pytał.
Otórz jeździłam sobie na nartach, i była choinka, jedna sztuka i zaraz ogrodzenie stoku i chciałam pomiedzy tym przejechać i nie udało się.
Ja: Nie mów że opowiadasz takie bzdury.
Ona: Uderzyłam w choinkę z cała siłą, twarzą i złamałam nos i mam nawet blizne na brodzie (blizna zdobyta podczas walki z drzwiami)
Ja: I nie zabiłaś się?
Ona: Nie, ale był helikopter i co najlepsze, to na Gubałówce było.Helikopter później dołożyłam, bo chcialam żeby to było absurdalnie wręcz. A ludziska i tak wierzą.
Ja: A może mają Cię za wariatkę?
Ona: Chyba nie.Słuchają z zapartym tchem. Dobra jestem w opowiadaniu głupich historii, bo wiesz że ja głośno mówię i intonuje zdania. Historia jest szybka, krótka, zwięzła i jest akcja.Ludzie to lubią.

Wnioski: Moja córka ma bujną fantazję. Moja córka jest notorycznym kłamcą.Moja córka jest socjopatą. Źle wychowałam? Odziedziczyła? Łatwiej zwalić na dziedziczenie.

Ja zawsze w opowiastach koloryzowałam, mam to do dziś i jak coś opowiadam i dodaję opowiadaniu barw . Mój mąż często szeroko otwiera oczy , słuchając jak coś opowiadam znajomym ( zna przeważnie z autopsji owo zdarzenie przed ubarwieniem) ,ale się nie odzywa. A ja opowiadam historyjkę, lekko ubarwiam by było ciekawej a potem już ta moja wersja jest jedyną, słuszną i obowiazującą. Nudnych historii nikt nie chce słuchać.

Odziedziczyła!

czwartek, 10 grudnia 2009

Myśli świąteczne.


Od kilku miesięcy (lat?) chodzę głębokimi dolinami. Ostatnio bardzo głębokimi. Postanowiłam dziś trochę podrapać się w górę. Jak daleko się wdrapie , nie wiem. Może nie za wysoko (coby mania mnie nie dopadła), bo potem upadek jest bolesny.
Wiele zależy od mojego Osobistego wspieracza, czy poda mi dziś dłoń.

Zły czas nadszedł,bo w złym klimacie mieszkamy i ludzisków dookoła mnie też dopadają doły. Tymczasowe doły. Ze mną to jest tak,że mam je ciągle tylko czasem słońce świeci. Dlatego wyjadę kiedyś do ciepłych i słonecznych krajów na zawsze. Postanowione.

Przygotowujemy się do Świąt w stopniu większym lub mniejszym. Ja w mniejszym.
I tak sobie zaczęłam wspominać Mikołaja i Święta z zamierzchłych czasów gdy byłam mała lub średnio mała.


Mikołaj z tamtych czasów (lata 70-te)nie miał wielkiego brzucha jak na butelkach znanego napoju, był podobny do wujka i nawet nosił pod kiecką podobne ubrania do wujkowych a czasem do tatowych.

Wcale nie przyjeżdżał saniami zaprzężonymi w renifery tylko Syreną (wynik prywatnego śledztwa) a w jednym roku na motorze.Wtedy to bardzo zmarzł i tata musiał go rozgrzewać jakąś wódeczką.
Przynosił nam-dzieciom prezenty i wręczał uroczyście wypytując przy tym, czy byliśmy grzeczni, czy znamy pacierz, czy potrafimy śpiewać.

Prezenty wręczone, Mikołaj pokrzepiony. Teraz się zaczynało. Rozpakowywanie i zabawa do nocy nowymi nabytkami.

Nasze wymagania co do prezentów były dużo niższe niż dzisiejszych dzieciaków ale to pewnie znak czasów w jakich żyjemy.Wtedy nie było komputerów a i kalkulator nie był jeszcze w powszechnym użyciu.


Był to jakiś zaczarowany czas. Na choince wisiały cukierki, orzechy i jabłka (oprócz ozdóbek). Większość ozdóbek robiły dzieci bądź w szkole bądź w domu.
Choinka mieniła się kolorami i zapachami, za oknem pełno śniegu i wciąż dosypywał nowy.Śnieg tłumił wszelkie ewentualne hałasy. Dookoła panowała cisza.
Nadobna,świąteczna cisza.

środa, 9 grudnia 2009

Pierniczenie.






Wzięło mnie na świąteczne pierniki, takie na choinkę. Naoglądałam się tego na blogach i dałam się zarazić.
Samo pieczenie to pestka.Mąż się śmiał,że bawię się foremkami jak dziecko. Miałam radochę.

Przy malowaniu zaczęły się schody.
Z córką miałyśmy ubaw. Umalowałyśmy się po pachy, do tego kuchnię a ciastka wyszły kijowo.
Okazuje się,że nie takie łatwe ozdobić ciacha.A to ręka drży (brak alkoholu?), a to talentu brak i wyobraźni

Paradoksem jest to,że nie lubimy pierników.

wtorek, 8 grudnia 2009

Adwent.






Nadszedł czas Adwentu czyli czas wyciszenia, radosnego oczekiwania (a nie wolno balować?) i niejako zadumy.
No i ja sie zadumałam.

Oglądając film MC2 naszły mnie wspomnienia. Wspomnienia dyskotek lat 80-tych. Nie wiem w którym roku była moja pierwsza, ale pamiętam klimat...
Dyskoteka to zawsze było wydarzenie.
Organizowane w OSP w mojej mieścinie lub ościennych wioskach, czasem w MDK.

Dyskoteka lat 80-ych to przede wszystkim klimat i ceremonia. W domu już przygotowania od popołudnia . Stawianie włosów na cukier, czyste ciuchy i lustro. Na dyskotekę trzeba było być wyglanzowanym. Nawet punki przychodziły czyściutkie, w świeżych fryzurach.

Sprzęt d-dżeja to czasem był tylko magnetofon szpulowy i nie zawsze czterościeżkowy marki Aria - Stereo czasem Kasprzak (juz kasetowy) .

W przerwie paliliśmy, szpanując papierosy marki Dumont ( takie brązowe , długie - kupione za bony w Pewexie) czy Dunhil, robiąc dobre wrażenie na innych. Do dziś pamiętam ekskluzywny zapach tych papierosów.

Muzyka nie odbiegała od tego co było grane w radio, a do rzadkości należały nowości z maxi - singli:
 Kylie Minogue, Jason Donovan, London Boys, Sandra, Samantha Fox,Budka Suflera, Republika,Perfekt, Lombard,Oddział Zamknięty,Rezerwat, Maanam, Dżem...Nie sposób wszystkich wymienić...To były przeboje:) 

Sprzęt oświetlający to zawsze jakieś 3 kolorowe światła błyskające, lampa taka rozbierająca ludzi w białych ubraniach no i lustrzana kula.

Czasem w to wszystko wpadło jakieś winko marki Sangria lub marki Rubinowe (a'la szampan), ale nie miało charakteru totalnego chlejstwa. Tańce? trudno opisać - mało kontaktowe, ale zawsze po trzech szybkich był wolny...

Tak jakoś mi się wspomniało....

piątek, 4 grudnia 2009

Grudniowe doły.


I nastał grudzień...Miesiąc doprowadzający mnie, jak co roku na sam dół dołów.
To czas oczekiwania na najpopularniejsze święto katolickie.
Jedni nazywają je ``Gwiazdką``, inni ``Bożym Narodzeniem``.
Grudniowy czas, to czas prezentów...


Dookoła mnóstwo przytłaczających wystaw sklepowych,świecące girlandy oplatające co się tylko da, dołujące reklamy o wspaniałych prezentach mikołajkowych, które kosztują tak niewiele...
Reklamy kawy, na którą nigdy nie będzie mnie stać i innych dupereli.

Presja jaka jest wywierana na mnie, doprowadza mnie na wielkie pola rozpaczy. Jestem bombardowana tysiącem informacji, reklam i sugestii,ze muszę TO kupić.

Wiem,ze Święta się skomercjalizowały i powoli mało kto będzie wiedział o co w nich chodzi, wiem a jednak czuję się źle.

Wiem,że nie kupię mojej rodzinie prezentów, wiem,że nie będzie na stole 12 potraw (może 3),wiem,że nie upiekę żadnego ciasta...
Z całej świąteczniej aury pozostanie mi jedynie sztuczna choinka wywleczona na tę okazję z piwnicy.

Jak ja nie lubię Świąt!

środa, 2 grudnia 2009

Myśli natrętne.

Pod chlebakiem w kuchni leżą dwa małe okruszki. Takie niepozorne, malutkie, nikomu nie wadzące.
Spoglądam na nie. Okruszki chleba zaczynaja wwiercać się w mój mózg. Najpierw cichutko mówią:
-Musisz wstać i uprzątnąć nas.

W sprzątaniu ich nie było by nic dziwnego , gdyby nie fakt, że walczę z przymusem posprzątania.

Dzis wiem,ze latanie za każdym okruszkiem osobno wykończy mnie fizycznie. Do tego te obrazki na ścianie. Ciagle ktoś je przekrzywia...

Spoglądam na nie kolejny raz, konwersując w miedzyczasie z mężem. Okruszki jakby trochę urosły. Spogladają spod chlebaka. Chyba zakończę te katusze i je sprzątne. Walczę z tym przymusem. Piję kawę. Wiem,ze one tam są. Starają się przyciągnąć moją uwagę. Odwracam głowę. Nie dam się. Łyk kawy.

Spoglądam na podłogę. Dostrzegam 3 kolejne okruszki chleba. No przeginają! Uwzięły się na mnie! Walczę ze sobą. Nie zmiatam ich. Potem i tak będę odkurzała. Wtedy dam im w kość.

Kolejny łyk kawy. Kątem oka spoglądam na okruchy spod chlebaka. Widzę,że jakby znów podrosły. Tego nie ścierpię! Wstaję, łapię za ścierkę i je ścieram z blatu kuchennego.

I tak jest często. Historia zwykle się na tym nie kończy, bo za chwilę dostrzegam kolejne, które plątają się gdzieś koło deski do krojenia. Nigdy nie da się zetrzeć ich wszystkich na raz. Ukrywają sie gdzieś a potem wyłażą...

Wiem, ze to nerwica natręctw.Wiem też ,że w jakimś stopniu dotyka wielu ludzi. Są to uporczywe nawracające myśli oraz przymus wykonania jakiejś czynności .

Jest to męczące. Fizycznie, bo tym sposobem potrafie ciagle coś robić, nmiekoniecznie konstruktywnego.

U mnie to nie jest patologiczne. Potrafię usnąć ze świadomością, że obrazek krzywo wisi albo, że kolejna armia okruchów atakuje.

Podobno najczęstszą jest obsesyjna obawa i konieczność mycia rąk.
Osoby ogarnięte tym rodzajem natręctw myją ręce kilkanaście, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy dziennie. Często są tak zajęte tą czynnością, że nie są już w stanie nic innego robić. W krańcowych przypadkach myją ręce tak, że skóra na nich jest zniszczona a resztę ciała pozostawiają w brudzie.

Czasem człowiek musi wykonać jakiś gest lub czynność. Zdaje sobie sprawę z bezsensowności takiego postępowania, często się go wstydzi, ale nie może się opanować, ponieważ narastający lękzmusza go do wykonania rytuałów.

Czasem natręctwa polegają na konieczności wypowiedzenia jakiegoś słowa lub zwrotu, kiedy indziej polegają na gwałtownej chęci wymówienia jakiegoś bluźnierstwa .

Natręctwa pojawiają się wbrew woli , budzą sprzeciw a jednocześnie są uznawane za własne. Myślom tym najczęściej towarzyszy uczucie obniżonego nastroju, często ludzie , których nękają już patologiczne natręctwa w celu zmniejszenia lęku uzależnia się od substancji zmniejszających lęk a także od alkoholu.


Często czynności natrętne wiążą się z pewnego rodzaju ceremonią, której przerwanie związane jest z powstaniem silnego lęku i niepokoju.

Tak więc uważajmy na nasze codzienne zwyczaje, przyzwyczajenai i rytuały, by nie stały się przymusem.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Luźne myśli.

Samo mi sie coś zrobiło....

-Coś mi tu się zrobiło. Chodź zobacz.
Wstaję i patrzę.
-Nie trzebabyło gołych dup oglądać- komentuję.

-Jak dodać wiersz do tabelki?
-Kliknij prawym przyciskiem myszy.....-tłumaczę.
Wiem,że za tydzień będę tłumaczyła od nowa.

-O! A w tabelce nie da się pisać! Piszę a tu mi głupoty wyskakują.
-Sformatuj komórkę.
-??????
-Kliknij prawym przyciskiem myszy....
Tym razem zapisał sobie w zeszyciku.

Nie jestem znawcą pakietu biurowego, nie czuję się więc upoważniona do udzielania korepetycji.
Do szału doprowadza mnie kolega, który pracuje na komputerze od 10 lat a wciąż pyta o podstawy w typie: Jak skopiować ten plik? A wydrukujesz mi coś z płyty CD bo ja nie umię?

No ja też wszystkiego nie umię. Tak naprawdę mało umię jednak staram się jakoś radzić, kombinować, szukać...
Mój kolega-Informatyk zawsze najpierw odsyła mnie do googla:
-Bo jak sama znajdziesz i postarasz się to się nauczysz.
Jak już było dramatycznie źle-pomagał.

Inny kolega namiętnie wertował strony pornograficzne.
W domu był użytkownikiem internetu przez TP S.A. i jakoś tak było wtedy ,że płacił za transfer.
No i ogladał babeczki w negliżu , a jemu same sie otwierały coraz to nowe strony .Pozmieniały mu ustawienia,że domyślnie startował z tych stron i jeszcze dowaliło mu mnóstwo panienek na kompa,łącznie z pulpitem. Nabiło tez niezły rachunek z TP. S.A.
Oczywiście usuwalność tego jest bardzo skomplikowana i musiał mu zaprzyjaźniony informatyk TO usuwać.

Jego żona swoje uwagi na ten temat też wyraziła .

Jednak to nie uleczyło jego zapędów i kiedyś coś podobnego uczynił w pracy. Nie były to dialery ale popodłaczane stronki i wszędobylskie zdjęcia. Pech chciał, Szefowa zasiadła do jego kompa...włos jej sie zjeżył na głowie.

To skutki (i tak małe) włażnenia na strony dla dorosłych i klikanie wszędzie : yes,yes,yes.....

Dzieci , nawet te 45 letnie powinny mieć założony filtr rodzicielski.

P.S. Z ostatniej chwili:
-Chce kupić piłkarzyki w internecie na Mikołaja dzieciom.
-To kup.
-Ale jak?
-Czytaj dokładnie, słowo po słowie, inaczej się nie da.
-Ale Ty to zrób.
-Nie , ja też muszę czytać jako i Ty, więc czytaj....

Przeczytał , napisał....
-A jak wypisać przelew?

piątek, 27 listopada 2009

Myśli chaotyczne.Bezmózgowie.

Wątpliwości i zniechęcenie każdego "łapie". To cecha ludzi myślących ;-) - to słowa Aty.
Ona natchnęła mnie do napisania tej notki.

Jako ,że żgadzam się z Tobą Moniko...

Fajnie by było przestać myśleć. Byłoby cudownie. Nie chodzi mi jednak o "warzywko" co wogóle nie kuma świata tylko takie wyłaczenie myślenia o przyszłości i przeszłości.

Nie jest to łatwe. W zasadzie, jak w wielu innych przypadkach, odpowiednie urodzenie bardzo pomaga. Urodzenie wśród ludzi nie myślących, ograniczonych, no i jeszcze przydałoby się nie mieć marzeń (albo przyziemne) i nie mieć ambicji.
Z obserwacji świata wnoszę, że ludzie nie myślacy mają lepiej. Żyją chwilą. Nie umartwiają się. Zazdroszczę im.

Może stworzymy poradnik: Jak wyłączyć myślenie"?

Oto co zdołałam wymyślić:

1.Zrobić twardy reset. Wiem, że wiele ludzi robi go upijając sie do nieprzytomności. Może są jakieś inne sposoby?Mniej obciążające wątrobę?

2. Prowadząc samochód daj się ponieść potokowi samochodów, losowo sygnalizuj swój zamiar skrętu. Inni uczestnicy ruchu szybko dostrzegą Twój brak myślenia.Zawsze to jakiś sukces.

3. W sklepie, stojąc w kolejce, patrz w okno, albo w bliżej nieokreślony punkt przed sobą, tak abyś była autentycznie zaskoczona kiedy przyjdzie twoja kolej i absolutnie nie mogła sobie przypomnieć, po co przyszłaś do sklepu i czy w ogóle masz zamiar coś kupić.Kasjerka zapewne uzna Cię za bezmyślną babę.Kolejny sukces.

4. Kiedy mąż pyta cię, czy będziesz jadła jajka na śniadanie, powiedz,że wolisz kawior.

5. Kiedy poruszasz się w tłumie, znajdź miejsce, gdzie panuje największy tłok i przepychaj się pod prąd, potrącając wszystkich torebką.Sukces murowany.Usłyszysz pod swoim adresem wiele komplementów.

6. Jeśli ktoś na ulicy zagadnie cię o godzinę, odpowiedz, że z nieznajomymi nie rozmawiasz.


7. Na wystawie sztuki wyszukaj kogoś autentycznie zainteresowanego jakimś dziełem i stań przed nim. Uwaga - to nie działa w przypadku osób o wzroście wyższym, niż nasz !

8. W zatłoczonym środku komunikacji miejskiej zawsze stawaj tuż przy drzwiach, tak aby ludzie wchodzący za tobą nie mieli możliwości dostać się do środka.Ten numer uwielbiam.Sama nie stosowałam, ale ludziska są w tym świetni.

czwartek, 26 listopada 2009

Myśli natrętne.

Piękny poranek, rozświetlony promieniami słońca. Leżę na łóżku i patrzę w okno. Widzę gałązki brzózki, potrącane lekkim i podmuchami wiatru. Widzę kawałek błękitnego nieba, po którym ów wiatr przegania delikatnie białe obłoki.Trzeba wstać zacząć kolejny dzień.
Tylko po co? Po co wstawać, po co zaczynać dzień? Zamykam oczy i w zakamarkach mózgu szukam "powodu", który gdzieś mi się zagubił. Powodu, żeby wstać, wykonać rutynowe poranne czynności, zaplanować dzień. Trzeba wstać ,by żyć.
Brak motywacji . Nie ma. Gdzieś sie zapodziała. 
Kiedyś pod równo przyciętą grzywką na swoich miejscach były umieszczone moje cele, plany życiowe, obowiązki, marzenia. Rano szybko wyskakiwałam z łóżka, bo szkoda było mi marnować dnia na leżenie. Nie miałam czasu zastanawiać się nad różnymi rzeczami . Żyłam dniem dzisiejszymi. Moja refleksyjna natura podrzucała mi czasami jakieś dziwne pytanie, wątpliwości, ale nie skupiałam się na tym. Biegłam przed siebie. Dzień za dniem przemijał, aż dotarłam TU i TERAZ. 

Nastąpiło zmęczenie materiału, refleksyjna natura dała znać o sobie.
Mądry człowiek powiedział: "myślę, więc jestem". To myślenie gorzko mi smakuje. Moje myśli . Przepływają przez moją głowę jak ciężkie gradowe chmury po niebie.
Wcześniej moje myśli były niczym motyle, barwne, wirujące, nadlatywały z różnych stron. Na skrzydłach przynosiły zapach morza i gór, przynosiły marzenia.
Dziś moje chmurne mysli przynoszą rozczarowanie życiem, brak marzeń. Krążą monotonie wokół mojej głowy. Nie sposób ich pominąć w rozważaniach o życiu. Przyglądam się im z uwagą i wiem,ze powoli mnie zabijają. Tylko dlaczego POWOLI ? 

środa, 25 listopada 2009

Myśli ulotne.

Wstęp: Z racji rozmiarów sumoka, moja bielizna jest odpowiednich rozmiarów. Nie jakieś tam stringi czy biodrówki.Moje majciochy muszą utrzymywać w odpowiedniej pozycji zad, brzuch i co tam tylko trzeba.+

Akcja: Wspaniały zbiera pranie ze sznurka.Zatrzymuje się przy mojej bieliźnie i mruczy pod nosem:
-Antygwałtki.
-Co?
-Musiałby być zdesperowany...(w domyśle KTOŚ, facet; w domyśle:żeby się dobrać).

Wniosek 1: dużo trzeba się domyślać.
Wniosek 2: ale dowcipny!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Mężczyzna -dziwne zwierze.

Tak mnie natknęło po smsie od siostry, w którym zawarła parę refleksji nt. facetów.I choć to temat rzeka, napomknę tylko,że problem istnieje. Tym problemem jest mężczyzna. Nie rozumie jak to się stało,że niby ten sam gatunek co my a tak zupełnie inny.Jakby zatrzymał się w ewolucji jakiś czas temu...

Do mężczyzny powinien być dołączony tłumacz, który by nam tłumaczył, co mężczyzna ma na myśli. Do każdego w dodatku osobny, niepowtarzalny, żadne tam ogólniki, który by objaśniał, na przykład, co to znaczy, kiedy on milczy, bo milczy dwuznacznie....

Definicja :
Mężczyzna – jeden z dwóch modeli człowieka (♂),choć K.Wojewódzki odkrył ostatnio trzecią płeć w "Mam talent" w postaci Madoxa.

Facet charakteryzuje się ogólną nieprzytulnością, niechęcią do kooperacji oraz nadmierną sennością. Mężczyzna odżywia się piwem i chipsami . Jego okres godowy trwa przez cały rok i składa się z licznych ultrakrótkich incydentów. Ożywia się na bardzo krótko, przerywając letarg, jeżeli zaobserwuje drugi model człowieka –kobietę w wieku rębnym, z którym jest w pełni kompatybilny, dzięki wykorzystaniu przeciwstawnych części kontaktujących się.
Chęć zbliżenia manifestuje obleśnym uśmiechem. Aby zwiekszyć szansę na zbliżenie, dokonuje wcześniej pewnego ciekawego i traumatycznego dla siebie obrzędumycia całego ciała. Paradoks mycia się jest najciekawszym zwyczajem mężczyzny – myje się, chociaż w wyniku tego zabiegu przez najbliższy tydzień czuje się bardzo nieswojo.
Atrakcyjny mężczyzna sięga głową powały, a barami od framugi do framugi, klnie jak krasnolud, ryczy jak bawół i na trzydzieści kroków śmierdzi koniem, potem i piwem, bez względu na porę dnia i nocy. Mężczyźni, którzy temu opisowi nie odpowiadają nie są uznawani za godnych westchnień i plotek.
Mężczyzna nie wstydzi się swojej fizjologii, w końcu w większości nie ma czego. Większość mężczyzn nie wie jednak, że kobieta także takową posiada. Wbrew plotkom, mężczyzna nie posiada paranormalnej zdolności oddawania moczu w linii prostej pod wiatr.

Tyle definicja.
Ja dodam, że faceci mają świetny system odpornościowy.

Są odporni na :

-mydło, maszynkę do golenia
-larwalne stadia człowieka - zwykle wytwarzana jest struktura obronna oddalająca prawdziwego mężczyznę od zagrożenia jakim jest dziecko, najczęściej ma formę konsoli do gier
-lustra - reakcja automatyczna - omija. Przy spojrzeniu w lustro doznaje halucynacji, najczęściej mających postać obrazu samego siebie z okresu studiów, w wyidealizowanej formie.
-babskie sugestie,
-wiosenne porządki, bo dla mężczyzny robienie porządków w domu to podniesienie nogi tak, aby kobieta mogła poodkurzać.

Kobiety marzą najpierw o księciu z bajki, a gdy ten się nie zjawia, pragną już tylko idealnego mężczyzny.

Mężczyzna ideał... takie coś jednej kobiecie się kiedyś przyśniło i obudziwszy się wybuchnęła gorzkim i żałosnym szlochem. Opowiedziała sen przyjaciółkom. Też się popłakały.( Joanna Chmielewska, Jak wytrzymać z mężczyzną)

Wady facetów:
1.Ślepota. Często kobiety skarżą się, że choćby zmieniły kolor włosów na płomienno-rudy, to często pozostaje to niezauważone przez mężczyzn. Jest to nie wada nastawienia, ale wada wzroku. Pewna część mężczyzn NAPRAWDĘ NIE WIDZI wyników kobiecych starań. No cóż, mężczyźni to gatunek dotknięty półślepotą wrodzoną.

2.Stara się ale mu nie wychodzi.
Ten problem ma dwa oblicza. Jedno to np. mężczyzna, który zabrał się na prośbę żony za zmywanie. Mało tego że coś udało mu się stłuc, to jeszcze tak nachlapał, że trzeba wycierać całą kuchnię. Na niezbyt pochlebny ton żony, tłumaczy się, że nie potrafi, że mu nie wyszło. Czasem jest to niestety wyrafinowane oszustwo, choć nie do końca świadome. Ta nieporadność i nieudolność to poza, która panom się opłaca.

3.Obiecanki cacanki. Mężczyźni znacznie częściej niż kobiety w przypływie szlachetności albo ciepłych uczuć zadeklarują coś, zaproponują, obiecają, a potem cała ta obietnica rozpływa się gdzieś nie zostawiając w męskich głowach nawet śladu. Kobieta czuje się zlekceważona, wystawiona do wiatru, a on nie ma nawet cienia wyrzutów sumienia, bo nic nie pamięta! Dotyczy to zarówno drobnych spraw bieżących jak i planów na całe życie. Jedne i drugie budzą taką samą rozpacz i rozgoryczenie.

3.Samotność choć we dwoje. Mężczyzn od małego uczono, że mają być twardzi, nie rozczulać się nad sobą i nie przyznawać, że są jakieś trudności. Weszło im to w krew tak mocno, że przestali zauważać, kiedy kobieta potrzebuje się z kimś podzielić swoim zmartwieniem. Po prostu nie dostrzegają takiej potrzeby ani u siebie, ani u innych. Niestety rzadkością ze strony mężczyzn, jest przytulenie swojej drugiej połowy, pozwolenie jej na ponarzekanie czy pochlipanie w swój mankiet. A gdyby jeszcze dodał otuchy, to chyba każda kobieta poczułaby się znacznie lepiej.

4.Wielu twierdzi,że w małżeństwie cenią partnerstwo i równouprawnienie. Gorzej z praktyką. Ilu znacie ojców, którzy - mając małe dzieci - po pracy mogą bez kłopotu wyjść, bo przecież w domu zostaje żona? A ile matek sobie na to pozwoli? I jak często? Prawie nie widać mężczyzn w poczekalni u pediatry,na wywiadówkach w szkole, itd. A jeśli już wybiorą się w któreś z tych miejsc albo zostaną z dziećmi w domu, to takie zdarzenie odbywa się zwykle w atmosferze wyjątkowego poświęcenia niemal ofiary. Mało jest mężczyzn, którzy w prosty naturalny sposób biorą na siebie poważną część domowych i rodzicielskich obowiązków - większość, kiedy w nich uczestniczy, ma poczucie, że odciąża żonę czy też jej pomaga - a przecież są to SPRAWY WSPÓLNE i ODPOWIEDZIALNOŚĆ OBYDWOJGA.

A żyć bez nich trudno....

piątek, 20 listopada 2009

Nadchodzi starość.

4,30. Dzwoni budzik. Siadam na brzegu łóżka i myślę :co za idiota włączył budzik?! Ja?
Siedzę tak na brzegu łóżka i czekam aż mój błędnik pozwoli mi na dalsze czynności. Poduszka przyciąga.Na tym etapie przyznam się do schizofrenii.Poduszka mówi do mnie:połóż swoją głowę.Jestem jeszcze ciepła.
Wraz z kołdrą zawiązały spisek.Szeptają mi do ucha: cieplutko, milutko tu u nas...
-Idźcie precz!
Powstaję z łóżka jak Feniks z popiołów i ...coś w biodrze strzyknęło, w krzyżu łupnęło,plecy bolą i chyba reumatyzm daje znać o sobie...
Powłócząc nogami zbliżam się do łazienki.Zapalam światło, rzut oka w lustro a tam potwór. Jakaś obca gęba patrzy na mnie mętnym wzrokiem. Jeszcze jedno szybkie spojrzenie w lustro a tam twarz pomarszczona, oczy podkrążone,włosy sterczą we wszystkie strony i mienią się czasem srebrem pomieszanym z burgundem, który nałożyłam w zeszłym tygodniu.
Tak wyglądają początki starości.Dopada mnie codziennie rano.

Starość – z punktu biologicznego to schyłkowa część życia, w której owo schylanie następuje w wyniku przygniecenia przez ciężkie życie.

Po czym ją poznać:
1. zmarszczki - mam
2. siwe włosy - mam
3. okulary - mam
4. laska -nie mam, dokupię.

Starcy są najbardziej niedocenianą grupą społeczną ze względu na to, że mimo, że częstokroć są dość mądrzy, są dodatkowo brzydcy.
Czy dlatego moje poszukiwania pracy są tak mało skuteczne?

Opinia publiczna lubi młode laski po 20-tce, 5 języków (do seksu oralnego?), 20 lat doświadczenia, długie nogi...

Mogłam pomyśleć wcześniej zamiast dziś jęczęć i zamiast płacić ZUS, zbierać na rozmaite zabiegi medycyny estetycznej, które zabezpieczyłyby mnie przed byciem starą, brzydką i obrzydliwą.

Wiem, wiem...miały być wczasy na emeryturze (reklamy II filaru) i to mnie skusiło.

Chciałam być jak zadowolony z życia emeryt niemiecki (rozpoznawany po niepasującej do powagi jego wieku radości życia i aparacie fotograficznym, na który długo mnie jeszcze nie będzie stać.)

Staruszek polski:
1. babcia w moherowym berecie,
2. były żołnierz AK lub AL, dość związany z Polską, ale splamiony komunistyczną przeszłością,
na pewno ma bohaterską przeszłość. Wszyscy Polacy mają bohaterską przeszłość. Te opowieści
o szmalcownikach to neożydowsko-masońsko-komunistyczno-marksistowski spisek.
3. moje pokolenie, pokolenie kolumbów rocznik 60, pokolenie bogatych emerytur z II filara.

Będziemy babciami ezoterycznymi. Jesteśmy największa ofiara New Age.
W młodości hippiski, z tym, że było to dość dawno temu i ideały free love są już, delikatnie mówiąc, nie do osiągnięcia.
Siejemy zioła (myślę o marihuanie zamiast choinki), nosimy rozpuszczone włosy, chodzimy w szpilkach, zmuszamy wnuki do jedzenia zdrowej żywności,ćwiczymy reiki, tai chi i Bóg wie co jeszcze.

W średniowieczu by nas spalono na stosie.

wtorek, 17 listopada 2009

Nadopiekuńczość.

Takie wywody poczyniłam ostatnio, bo zastanawiam się czy jestem troskliwą matką czy nadopiekuńczą...
Moja latorośl zarzuciła mi, że traktuję ją jak dziecko(ma 16 lat), że ona sama potrafi to czy tamto.

Nadopiekuńczość charakteryzuje się uczuciową koncentracją na dziecku, roztaczaniem nad nim nadmiernej opieki („parasol ochronny”) i częstym wyręczaniem dziecka w jego obowiązkach.

Z tymi obowiązkami to się zgodzę. Tyle,że pewnie jej tak wygodnie i tę cześć mojej nadopiekuńczości chętnie akceptuje.

Nadopiekuńczość wyraża się ponadto okazywaniem dziecku przesadnej miłości i czułości.Rodzice pozwalają na wszystko, na co ono ma ochotę, ulegają jego najbardziej dziwnym żądaniom, rezygnując często ze swoich potrzeb. Tolerują niedopuszczalne czyny, jak bicie innych dzieci, pisanie po budynkach czy niszczenie przedmiotów. Rodzice nadopiekuńczy są słabi w ustalaniu zasad i ograniczeń postępowania, a jeżeli takie są od czasu do czasu ustalane, to rzadko egzekwowane.
Ta część jak najbardziej mi się nie podoba, może więc nie jest ze mną tak źle...choć przecież macierzyństwo nie obywa się bez poświęceń. Często matka rezygnuje z pracy, przestaje chodzić na dyskoteki,imprezy, swój cały czas poświęca dziecku.Czy da się wychowywać dziecko zupełnie bez wyrzeczeń, bez poświęceń?
Moja starsza córka mówi,że dziecko to taka inwestycja...bezzwrotna.

Kiedy dwulatek próbuje wybiec na ulicę - zapobiegliwy rodzic powstrzymuje go i przyciąga z powrotem do siebie - jest to wyraz kontroli i rozsądnej opieki.
Jeśli jednak 12-letnie dziecko strofujemy wciąż by uważało jak przechodzi przez jezdnię - stajemy się nadopiekuńczym rodzicem, gdyż zdrowy nastolatek posiadł już dawno sztukę poruszania się po ulicach.

I ja dzieciom często mówię, jak wychodzą z domu, by uważały na siebie,a podobno jest to jeden z przykładów zbytniej przezorności i nadkontroli.

Nadopiekuńcza matka to taka....
która nie uczy swojego dorastającego dziecka obsługi pralki automatycznej, załatwiając za nie wszystko co z praniem się wiąże. Będzie więc zbierać ubrania dziecka do prania, segregować, prać, wywieszać, układać na półkach, często jeszcze nawet wobec dorosłego syna.

No i piorę, wieszam czasem składam.Ubrań nie zbieram i nie prasuję.

Z niepokojem przyjmuje wiadomość o wyjeździe, jeśli się zgodzi - będzie pakować dziecko, decydować za nie, co powinno wziąć a co nie.
Nie czynię tego.Doradzam zrobić listę i pakować się wg niej.

Za punkt honoru przyjmie sprawę "prawidłowego" żywienia dziecka, co często w praktyce oznacza przekarmianie, narzucenie się z jedzeniem, decydowanie za dziecko co powinno mu smakować i ile powinno jeść, bez uwzględnienia jego gustów, jego własnych sygnałów o głodzie i sytości. Dziecko nie nauczy się w domu rodzinnym gotować - to pozostanie domeną rodzica, który tym samym chce zachować pewną władzę.
Cholera...gotuję obiad...reszta wg uznania...

Sposób ubierania się dziecka postawi jako jeden z ważniejszych problemów, a więc będzie się domagać często cieplejszego ubrania, czy też bardziej dostosowanego do okazji - w poczuciu rodzica nie dziecka.
Zdarza się...przyznaję...

Kiedy na drodze potomka pojawią się jakieś trudności będzie starać się usuwać je swoim wysiłkiem, pozbawiając dziecka możliwości odkrycia własnych zasobów zaradczych. Czasem zrobi więc coś za młodego człowieka (np. zadanie domowe, porządek w pokoju, przeprosiny wobec nauczyciela czy krewnego, sprawę w urzędzie, itp.).
Mea culpa, mea culpa...zdarzało mi się zadanko zrobić...Wyrosłam z tego.

Niekiedy zarzuci dziecko "dobrymi radami" narzucającymi sposób rozwiązania. Nie są też rzadkością rodzice już dorosłych dzieci, którzy uruchomią się w sytuacji konfliktu małżeńskiego ich dorosłego już dziecka - ruszą ze swoiście pojętą odsieczą, pomimo braku zaproszenia do pomocy.
Zobaczymy....

Jednym z najbardziej charakterystycznych zachowań jest "zamartwianie się", manifestowane zarówno werbalnie: "jak ty sobie poradzisz?", "boję się o ciebie?", "no a jeśli coś się stanie, to co ty synku zrobisz?", "ja chyba zawału dostanę, tak będę się o ciebie martwić", jak i niewerbalnie: płacz, demonstrowanie objawów stresu, częste telefony do dziecka sprawdzające "czy wszystko w porządku", łykanie tabletek uspokajających, bezsenne noce, itp.
Spoko, bez histerii....

Czy dziecko obdarowane w nadmiarze taką nad-opieką jest szczęśliwe? Z pewnością nie. Męczeńska, pełna poświęceń postawa rodzica jest bardzo uszkadzająca dla dziecka. Dlaczego?

bo przywiązuje dziecko do rodzica, nierzadko na całe życie; niektóre dzieci czują się w obowiązku zrezygnować z całości lub części swoich potrzeb i planów by towarzyszyć rodzicom; czasem żyją z nimi pod jednym dachem nie wyobrażając sobie by mogło być inaczej, czasem próbują uciec jak najdalej w odruchu buntu, jednak rodzic ma swoje sposoby na przywoływanie "dorosłych pociech" z powrotem;

bo podcina skrzydła pozbawiając pewności siebie, opierającej się u zdrowych ludzi na wielokrotnym doświadczaniu pokonywania różnych trudności; jeśli dziecko nie miało możliwości pokonywać przeszkód życiowych samodzielnie i wg własnych reguł - nie miało szans wykształcić ani odnaleźć w sobie różnych zasobów;

bo tłamsi poczucie własnej wartości dziecka, jest bowiem nieustannym komunikatem: "beze mnie nie dałbyś sobie rady", "jesteś za słaby", "niemądry", "nic nie umiesz", to przekonanie wdziera się na stałe w psychikę dziecka i staje się trwałym sądem na swój temat;

bo wzbudza w dziecku poczucie winy i przekonanie, że jest złym człowiekiem za każdym razem, gdy próbuje zdobyć się na samodzielne działanie i niezależne życie.

bo wzbudza złość i niechęć wobec nadopiekuńczego rodzica, które jednak, z obawy przed odrzuceniem, zostają stłumione i wyrzucone często poza obręb świadomości; pozostają więc poza kontrolą dziecka, znajdując od czasu do czasu ujście w niekontrolowanej agresji, autoagresji lub depresji.

No i nadal nie wiem czy jestem nadopiekuńczą matką...

Troskliwość.

Co to znaczy troszczyć się o kogoś? To martwić się, czy kochaną osobę brzuch czasem nie boli, smarować komuś bułki grubo masłem, przynieść do łóżka choremu gorącą herbatę, po nocach dziergać rękawiczki by łapki nie marzły.To troska czy służalczość?
Granice mi się zacierają...

Prawdziwa troska wyklucza obojętność i jest przeciwieństwem apatii.
Troszczenie się to postawa silnych w stosunku do słabych, potężnych wobec bezradnych, tych, którzy coś posiadają, wobec tych, którzy nie mają nic. W rzeczywistości czujemy się bardzo niezręcznie, jeśli w zetknięciu z czyimś bólem nie podejmujemy wysiłku, aby mu zaradzić.

A przecież kiedy zadamy sobie szczere pytanie o to, którzy ludzie w naszym życiu byli dla nas najważniejsi, okaże się, że to ci, którzy zamiast dawać dobre rady, podsuwać rozwiązania czy metody uzdrawiania zdecydowali się raczej towarzyszyć nam w bólu i koić go swoją łagodną i czułą obecnością.

Czy więc czynne działanie na rzecz kogoś nie jest troszczeniem się?
Czy tylko ten, który w chwili rozpaczy i zamętu potrafi trwać przy nas w ciszy, pozostawać z nami w godzinie żalu i żałoby, umie znieść niemoc, niemożność uleczenia i uzdrowienia oraz stawić czoło naszej bezradności jest tym , który się o nas troszczy?

Czy troska to tylko "wirtualne" odczucie? To tylko wzajemna obecność ? To tylko nieme wsparcie?

Niby z własnego doświadczenia wiemy, że ci, którzy się troszczą, są obecni przy nas. Gdy słuchają, to słuchają naprawdę. Kiedy mówią, to wiemy, że mówią do nas. Gdy zadają pytania, to wiemy, że to dla naszego dobra, a nie z myślą o sobie. Ich obecność jest uzdrawiająca, ponieważ akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy.

Mamy skłonność do tego, aby uciekać od bolesnej rzeczywistości lub chcieć jak najszybciej ją zmienić. Jednak uzdrawianie odarte z troski przemienia nas w urzędników czy lekarzy i nie pozwala na wykształcenie prawdziwej więzi.

Uzdrawianie pozbawione troski sprawia, że interesują nas szybkie zmiany i nie mamy cierpliwości ani ochoty, aby wzajemnie nosić swój ciężar. W ten sposób uzdrawianie, zamiast nieść wyzwolenie, może często obrażać.

Nic więc dziwnego, że nierzadko ludzie w potrzebie odrzucają pomoc.

Troska może być obciążona błędem nadopiekuńczości? Granice są takie cienkie...


cdn.

piątek, 6 listopada 2009

Życie,życie jak nowela...

Życie - ograniczony czasowo stan zachodzenia w organizmie zespołu procesów biochemicznych uzależnionych od dostarczania organizmowi energii lub choroba śmiertelna, przenoszona drogą płciową.
W 100% przypadków kończy się śmiercią. Jak dotąd nie ustalono dokładego wieku umieralności na tę chorobę.
Niektóre teorie głoszą , że nie ma czegoś takiego jak życie, istnieją tylko narodziny i śmierć a cały proces pomiędzy nimi to po prostu długotrwałe umieranie. Można stąd łatwo wywnioskować, że życie trwa do usranej śmierci.
Dodatkowo można zauważyć, że istnieje życie po życiu. Jest to objęte tajemnicą, o której wiedzą wszyscy. Jest to wiadome, że w życiu po życiu wszyscy będziemy bujać w obłokach i wciągać dym z marihuany.
Jedną z najbardziej znanych i wciąż kultywowaną wizją życia jest Matrix. Teoria Matrixa została uznana, za najbardziej prawdopodobną, zaraz po niej plasuje się chrześcijaństwo, a na trzecim stopniu podium stoi religia Dżedaj.
Życie może zastąpić także każda gra MMO, czego świetnym przykładem jest World of Warcraft.
Tyle o życiu ma do powiedzenia Nonsensopedia.
Jak zmierzyć zawartość życia w życiu?
Ile życia jest w moim życiu i co to wogóle jest życie?
Żyć pełną piersią... chyba o takie życie mi chodzi.
Życie świadome,życie spełnione,życie pełne trafnych wyborów.
Naukowcy mówią nam,że przesypiamy życie.Śpimy przez 1/3 jego trwania. Ja jestem jak Napoleon, sypiam po 4-5 h na dobę,więc życia nie przesypiam. Co robię w czasie gdy inni spią?
Pracuję? Podobno kolejną 1/3 życia przepracowujemy.Pewnie chodzi tu o czas spędzony w pracy, bo mycie okien w domu to też praca...
No więc spędzam w pracy 1/3 życia, co nie oznacza, że cały czas pracuję. Składników mojego czasu pracy nie będę opisywać, bo wogóle przestaną mi płacić, stwiedzą moją niską wydajność lub co gorsza zrezygnują z moich usług ze względu na małą przydatność do użycia.
Reszta życia to już nasz czas wolny. Co robimy w tym wolnym czasie? Jeździmy do pracy, jemy, ogladamy tv, robimy zakupy, bawimy się z dziećmi, porządki, jakaś impreza, czytanie. Gdzie w tym wszystkim jest czas na życie pełną piersią?
Czas to jest to czym sami dysponujemy. Czyli jego część możemy przezanczyć na życie.
Co ma być treścią naszego życia to już nasze inwidualne wybory.
Jedni żyją pracą, inni lubią wiedzieć jak oni śpiewają, tańczą, grają i żyją ich życiem.
Wiadać tak lubią. Z braku pomysłu na własne życie taki wybór uważam za trafny. Przynajmniej nie krzywdzą nikogo swoimi decyzjami czy czynami.

Muszę się zastanowić na co marnotrawię swój czas czyli życie lub jego część.
Nie jestem pewna czy wszystkie gazety, wszystkie programy tv , filmy zasługują na to by marnować na nie mój własny, prywatny czas.

Jednym słowem życie można zmierzyć czasem, choć to nie może być jedyny miernik.Inne mierniki musimy ustalić inwidualnie, bo dla niektórych to będa wypite butelki piwa na dzień, dla innych ilość przebytych kilometrów, ilość miłych chwil czy kasa zarobiona w danym dniu. Ważna chyba tu jest też jakość. Jakość tych chwil, jakość tego czym wypełniamy swój czas. Poziom jakości to też rzecz inwidualna i dopasowana do naszych własnych upodobań.
Jednym słowem : mamy ogromny wpływ na swoje życie.(Jesteśmy kowalami własnego losu?)

Co ja robię ze swoim życiem?

Dużą część swojego życia spędzam na marzeniach... o lepszym życiu.

wtorek, 3 listopada 2009

Chrrrrr.

1.Straszne! X. przeraźliwie chrapie. A jeśli obudzę go w nocy i poproszę, aby przestał, to dowiaduje się, że mam jakieś omamy słuchowe, bo on na pewno nie chrapie. Dzisiaj nastąpił przełom. W nocy obudziło mnie dobrze mi znane 'chrrrrrr...', a ja, mimo że byłam śpiąca i półprzytomna, wygrzebałam skądś telefon i nagrałam jego nocne odgłosy. Jego mina po odsłuchaniu nagrania- bezcenna ; )

2.Siedzę przed tv i oglądam jakiś program.
-Czy ja włączyłam pralkę? Dlaczego ona chodzi?
Podchodzę pod łazienkę...nie, to mój mąż chrapie...podczas poobiedniej drzemki.

3.On: oglądam tv wieczorkiem. Żona poszła już spać.
Z podwórka dochodzą dziwne dźwięki.
-Co za idiota tak morduje samochód?
Wstaję z kanapy i udaje się do kuchni, by sprawdzić ten dźwięk.
Zaskoczenie: to moja żona tak ciągnie. Zacząłem się śmiać.

Chrapanie jest zabawne gdy o nim opowiadamy, gdy staje się zawartością jakiejś anegdoty,a jednak....

4.Wpadam w flustrację. Jest po 1 w nocy a ja stercze jak ta głupia przed komputerem przeglądając kolejne strony w necie dotyczące chrapania mojego męża... Na początku powinnam napisać, że jestem zdesperowana i użyję wszystkiego aby nie słyszeć tego przeraźliwego dzwieku, który słyszę codziennie w łóżku a teraz nawet w pokoju obok. Ratunku, ja chcę spać!!! Spokojnie spać.... Mój mąż nie jest przykładowym "chrapaczem" nie śpi na plecach ani z otwartymi ustami. Śpi na boku i oddycha przez nos.


Czy jest coś co pomaga? Spraye, krople, zioła, nakładki, wkładki, spinacze do bielizny, piłeczki ping-pongowe,prostowanie przegrody nosowej,utwardzanie podniebienia, pachnidła, mata kokosowa...

Cmokanie, gwizdanie, szturchanie a w aktach desperacji walenie w głowę nie jest skuteczne. :)

Na dzień dzisiejszy za najskuteczniejszy sposób uważam korki do uszu.Choć i to mąż przechrapuje. Myślę o zakupie takich słuchawek na uszy jak mają faceci co pracują z młotami pneumatycznymi. Jest tylko małe "ale": nie będę mogła spać na boku.

Bogactwo a nawet Nobel dla tego kto uciszy ten straszny dźwięk...

poniedziałek, 2 listopada 2009

Ciastka z jabłkami.



Poranek zaczęłam od przejrzenia zaprzyjaźnionych blogów, zapisania sie na candy na blogu Malowany imbryczek.Polecam....

A teraz przedstawię ciastka weekendowe, bo w weekend upiekłam i w weekend zniknęły. Przepis jest bardzo stary ale niezawodny. Ciasta zawsze znikają błyskawicznie, co jest ich wadą.

Oto przepis:

1/2 kg mąki
1 kostka margaryny
5 dkg drożdży
7 dkg cukru
śmietana do zarobienia ciasta
1 jajko
jabłka pokrojone w ósemki (bez gniazd nasiennych ale ze skórką)


Ze składników zarobić ciasto. Zarabia się jak ciasto kruche.Najpierw mamy ogromną kruszonkę potem ciasto się łączy. Jak nie chce się połączyć dodać śmietany.
Ciasto rozwałkować, wykroić kółka szklanką. Ułożyć na kółkach jabłka jak na zdjęciach. Jedna stronę maczać w białku, potem w cukrze i układać na blasze.
Piec w 180-200 st ok.1/2 h (do zarumienienia).

Z ciasta tego robię też rogaliki nadziewane powidłami.

Polecam bo są wyśmienite.

czwartek, 29 października 2009

Mini Moris



Po Krakowie przemieszczam się biegiem. No więc biegnę przez Galerię Krakowską i o mało nie potknęłam się o takiego ślicznego Mini, całego wyklejonego kapslami Pepsi.
W światłach Galerii mienił się jak by był wyklejany kryształami.





Wystawę zorganizowano z okazji 50 lecia Mini.Wszystkie autka pochodzą od prywatnych osób,które je doprowadziły do porządku. Fajnie się na nie patrzy.

To był taki miły akcent dnia, bo potem to już była tylko masakra (totalne pranie mózgu na kursie)....

piątek, 23 października 2009

Sztuka skakania.

Dokonując retrospekcji swojego życia, w celu pośmiania sie z samej siebie stwierdzam, że miałam intensywne dzieciństwo albo jak kto woli: moja matka miała intensywne macierzyństwo.
Chyba jako córka pierwotna dużo ją nauczyłam.
Moja głowa zawsze była pełna pomysłów.Ojciec to doceniał na ile potrafił, matka wcale. Chyba mój tata lubił myśl kreatywną.
Niedawno z koleżanką wpominałyśmy jak to mój ojciec nauczył nas bawić się patyczkiem i udawać , że to królewna.Dzięki temu potrafiłyśmy bawić się wszędzie i wszystkim a największą radość dawało tworzenie sobie zabawek.
Namawiał mnie do tworzenia i doświadczania. Czasem tylko starał się lekko kierunkować moje twórczo-rozwojowe zapędy.
Działałm jak karabin maszynowy: 1000 pomysłów na minutę.
Matka zawsze była w opozycji do naszych współnych (z ojcem) i moich solowych realizacji. Ojciec mnie popierał.
Pamiętam jak poparł mój durny pomysł nauki latania. Zasiadł na krześle ze stoperem w ręku i mierzył mój czas w powietrzu, a ja skakałam. Skakałam z oparcia wersalki, z szafy, ze stołu. Na ramionach miałam pelerynę z prześcieradła. Zapewne poprawiała moją nośność.
Gdy mój czas się poprawiał o ułamek sekundy, stwierdzałam,że wszystko idzie w dobrym kierunku i będę latać.
Ojciec zakazał mi takich prób z balkonu ( 3 piętro).
Dzięki treningom świetnie sobie radziłam ze skokami w dal z huśtawki (aż do wstrząśnienia mózgu), skokami ze schodów, ze skakaniem na skakance czy na gumie.
Dziś stąpam po ziemi i wiem, że wyżej ch.....nie podskoczę.

środa, 21 października 2009

Takie gadanie.

Mój Kolega siedzi przed komputerem i gada do siebie. Co gada? Hasła reklamowe, czasem jakieś sentencje, a czasem po angielsku choć angielskiego nie zna. Gada niemal non stop.Gdy kiedyś mu powiedziałam:

-Kolego gadasz do siebie!
to odburknął coś o nieprawdzie.

Ostatnio byłam zakatarzona i słabiej słyszałam.On nawija pod nosem.Mówię do niego:
-Coś mówiłeś? Mów głośniej bo katar przytkał mi uszy!
Uśmiechnął się tylko i stwierdził:

-Nic, ja tylko tak do siebie...

i spuścił wzrok.

-No to Cię mam! Przyznałeś ,że gadasz do siebie.W psychologii to krok w dobrym kierunku.:-)

Rodzicielce mojej zdarza się rozmawiać z telewizorem tzn. z reklamami.
Polega to na :
W tv leci reklama kremu i jakaś laska mówi jak jej pomógł w czymś tam.
Rodzicielka:
-No tak, wcale Ci nie pomogło...a tyłek se wysmarowałaś?I tak Ci nie pomoże...gęba bez zmian. itp.

Córuś moja...siedzi przed kompem i uśmiecha się do niego tajemniczo.
Mówię:

-Córuś , uśmiechasz się do kompa...
Wtedy ona zaczyna rechotać.

Znam osobę, która gada sobie do siebie i potrafi mieć dwa różne zdania, na te samą sprawę.

Osobiście gadam...a właściwie czytam sobie na głos tekst, który mam przyswoić a jest trudny.Bo tak w ogóle to gadułą nie jestem.


Czy to wszystko są objawy chorobowe?

Koledze ciągle powtarzam,że TAK, że musi się leczyć.

Osobiście wiem,że póki nie prowadzimy dyskusji z wyimaginowanym KIMŚ, jest dobrze.
Nasze gadanie do siebie, do tv, do kompa nie jest niebezpieczne. Często ma moc terapeutyczną.Jednak dla obserwatora to głupi widok.

wtorek, 20 października 2009

W związku z powszechnym na blogowisku katarem...

Cały rok z utęsknieniem czekamy, kiedy wreszcie się ochłodzi, zimny wiaterek zawieje – czyli kiedy wreszcie złapiemy katar, zaczniemy kaszleć, temperatura wzrośnie sobie pod wieczór w okolice 38 stopni.Zaczyna się!

Kiedy wreszcie uda nam się przeziębić – a co niektórzy złapią nawet prawdziwą, niezmutowaną  jeszcze grypę – rozpoczynamy upragniony okres rekonwalescencji przez niektórych zwanym " barłożeniem".

Generalnie rozróżniamy dwa rodzaje przebiegu choroby: damski i męski.

Męski sposób chorowania można podzielić na dwa style.

Jeden styl- "na męczennika", polega na tłumaczeniu, że temperatura 36,9 jest najgorszą z możliwych, ponieważ okropnie rozkłada. Do lekarza się nie idzie, się cierpi w milczeniu. Nic się nie chce jeść, z tej dramatycznej choroby, tylko po to, żeby w ostatniej chwili słabym głosem zawołać- kochanie, zrób mi budyń. Pewnie i tak nie zjem, ale może zjem.

Druga metoda to "hipohondryk". Przy pierwszym kichnięciu trzeba delikwenta rejestrować do lekarza, jeszcze przed lekarzem kupić 15 różnych specyfików, w tym homeopatycznych, a po lekarzu współczuć, że nie dał zwolnienia, konował jeden.

Metoda pierwsza jest bardziej rozpowszechniona, wiem z doświadczenia.

Charakteryzuje się angażowaniem w swoją chorobę jak największej ilości ludzi – domowników, rodzinę dalszą i bliższą oraz znajomych.
W tym celu Chory zaraz po uświadomieniu sobie pierwszych objawów przeziębienia, informuje o tym wszystkich wkoło, zaznaczając jak cierpi, jak bardzo się męczy i jak blisko znajduje się zejścia śmiertelnego.
Wypychany do lekarza przez  najbliższe w tym momencie otoczenie ,oświadcza,że przecież nie umiera i do lekarza nie pójdzie.

-Umrę sobie taki samotny, zwinięty kącie, biedny, niedożywiony,opuszczony...
Schorowany biedaczek. Prawdziwy mężczyzna zamienia się w bezbronnego misia.
I tu zaczyna się "barłożenie".
Odtąd nasz facet potrafi tylko jęczeć, leżeć w łóżku, narzekać, marudzić, nic mu się nie podoba, i w ogóle świat jest dla niego niewiarygodnie okrutny, i nikt go nie żałuje.
Łyka górę wspomagaczy, a grzane piwo, to życie by mu uratowało.

Kiedy już ogłosi światu o swojej chorobie jego stan się gwałtownie pogarsza.
Kładzie się przed telewizorem i zaczyna CHOROWANIE.  Niechętnie przyjmuje leki, jakby tym bohaterskim czynem chciał zaznaczyć, że wcale nie jest z nim aż tak źle.
Poprosi tylko skromnie o herbatkę, jedną, drugą (za gorąca, z cytrynką, a może bez cytrynki, tylko pół kubka, a nie mamy tamtej aromatyczniejszej?; za słodka; nie pomieszana).
Ponieważ czuje się coraz gorzej, postanawia się przespać - ale proszę mu nie zmieniać kanału, on cały czas słucha powtórki z meczu sprzed tygodnia, no, proszę nie przełączać! Nie może znaleźć pilota zaplątanego w kołdrę, woła więc o pomoc domowników, światło go razi – niech ktoś je zgasi, chce poczytać – niech ktoś światło włączy i poda mi gazetę. Tutaj leży?  O...nie zauważyłem, taki jestem słaby.

Potem czuje przypływ sił na tyle, by coś przekąsić. Coś lekkiego w sam raz dla chorego. Na przykład śledzika. Albo pizzę. Rosołek absolutnie nie wchodzi w grę, bo za tłusty. Ależ niepotrzebnie ktoś zamawiał tą pizzę! Przecież zjadłby i kromkę chleba i tak prawie nic nie może przełknąć. I prosi tylko o odrobinę ciszy. ODROBINĘ! Człowiek tu leży umierający, więc może trochę współczucia, co? Telewizora nie słychać. 

Utulony myślą o jutrzejszym, leniwym poranku, który spędzi sobie w łóżku próbuje  zasnąć, ale nie może. Ogląda więc telewizję do późna.

Nazajutrz chorobę kontynuuje  dalej spokojnie, podobnie jak w dniu pierwszym, informując tylko wyczerpująco wszystkich wciągniętych w zabawę o stanie swojego zdrowia.

Sposób damski jest prawie taki sam, posiada tylko parę  elementów dodatkowych.
Chora może przy okazji kataru płakać za każdym razem, kiedy widzi się w lustrze („Boże! Jak ja wyglądam!!”), w wyniku czego popadać w stan pt. „Nikt mnie nie kocha!”, który przechodzi w etap „Przytul mnie, pocałuj i powiedz, że kochasz mnie taką zakichaną, z czerwonym nosem i rozczochranymi włosami”.  
Dzwoni tylko do przyjaciółek, jednak zabrania im przychodzić – lepiej, żeby nie miały satysfakcji widzieć ją w takim stanie.

Sezon Przeziębień uważam za otwarty! 

środa, 14 października 2009

Karma.

Kiedyś z córką prowadziłam poważną rozmowę nt. przeznaczenia, skutków naszych czynów czy zbiegów okoliczności.
Ona to wszystko określiła słowem : KARMA.
-Mamo! To wszystko zła lub dobra karma.
Usiłowałam więc zgłębić ową karmę.

Wiem,że KARMA to związek przyczynowo - skutkowy.

Dharma jest prawem, mówiącym, że wszystko co się zdarza, ma swoją przyczynę oraz wywołuje skutek.
Czyli,że to co robisz wróci do ciebie. Trzeba zrozumieć powiązania łączące zjawiska.Jest to klucz do szczęścia każdego człowieka.Tylko jak to zrozumieć?Jak powiązać?

Głównym źródłem karmy są nasze cierpienia. Czyli nie można być szczęśliwym?

Trzy główne źródła cierpień to: rozłączenie z tym, co kochamy, połączenie z tym czego nie znosimy i tęsknoty za tym, czego nie możemy osiągnąć.Czyli musimy się umartwiać? Nic z tego nie rozumie.

Budda głosił, że podstawowym zadaniem człowieka, w trakcie życia, jest wstrzymywanie się od popełniania czynów przynoszących negatywne skutki w przyszłym życiu. Cel ten osiągamy idąc "Szlachetną Ośmioraką Ścieżką", prowadzącą do wyciszenia pożądań, czyli gromadzenia dobrej lub złej karmy.

Ta droga to:

Właściwe zrozumienie - polega na poznaniu przyczyn nieszczęść. Wymaga to poznania: cierpienia, przyczyn cierpienia, sposobów zapobiegania cierpieniu i sposobów postępowania chroniących przed cierpieniem.- Jednym słowem swoista psychoanaliza.Czynię to.

Właściwy pogląd - polega na zbliżaniu się do Dharmy, czyli prawdziwej natury rzeczy. Towarzyszy mu wyrzeczenie, brak złej woli, brak niegodziwości.- Staram się.

Właściwa mowa - nie kręć, nie kłam, nie paplaj, nie oskarżaj. -Staram się.

Właściwe działanie - nie zabijaj, nie kradnij, prowadź właściwe życie seksualne, nie zażywaj narkotyków. Narkotyki zabijają jasność umysłu, uniemożliwiając własny rozwój. - Pewne jak w banku -nic mnie nie dotyczy :-)

Właściwy sposób życia - przestrzegaj przyjętych norm życia społecznego. - Skoro nie siedzę to przestrzegam.

Właściwy wysiłek - działaj w jasnym świetle własnego umysłu. - Nie kapuję.

Właściwa uwaga - unikaj pożądania, złego nastroju, bądź uważny. Staraj się kontemplować stan swojego umysłu. Trzeba uświadomić sobie potrzebę takich działań i wypracowywać odpowiednie nawyki. Trzeba być świadomym własnych procesów myślowych i pielęgnować myślenie słuszne i pozytywne w stosunku do innych. - Jestem świadoma jak mało kto, ale złego nastroju nie uniknę.

Właściwa koncentracja - uwalniając się od własnych, złych emocji zmierzamy w kierunku świętości i mamy szansę osiągnąć kres cierpienia - stan nirwany.-Staram się.

Osiągnięcie poczucia jedności, przynoszące zanik emocji nazwano Nirwaną. Żyjąc w stanie nirwany nie wytwarzamy karmy, dobrej lub złej, uwalniając się od ponownych narodzin i śmierci. W ten sposób wracamy do stanu duchowego, przepełnionego szczęściem i miłością.

Zastanawiam się czy ta Nirwana to nie stan osłupienia w depresji. Bo kim jest człowiek bez emocji? Kim jest człowiek nie wytwarzający karmy? Powietrzem?

Chyba nie rozumie tego Buddyzmu.

Dopadło mnie.


KATAR


Spotkał katar Katarzynę -
A - psik!
Katarzyna pod pierzynę -
A - psik!

Sprowadzono wnet doktora -
A - psik!
"Pani jest na katar chora" -
A - psik!

Terpentyną grzbiet jej natarł -
A - psik!
A po chwili sam miał katar -
A - psik!

Poszedł doktor do rejenta -
A - psik!
A to właśnie były święta -
A - psik!

Stoi flaków pełna micha -
A - psik!
A już rejent w michę kicha -
A - psik!

Od rejenta poszło dalej -
A - psik!
Bo się goście pokichali -
A - psik!

Od tych gości ich znów goście -
A - psik!
Że dudniło jak na moście -
A - psik!

Przed godziną jedenastą -
A - psik!
Już kichało całe miasto -
A - psik!

Aż zabrakło terpentyny -
A - psik!
Z winy jednej Katarzyny -
A - psik!

wtorek, 13 października 2009

Wsparcie.

Jestem grupą wsparcia dla wielu, mnie nikt nie wspiera.

Zaczynam mieć dosyć smarków przyklejonych do mojego kołnierza.

Działam jak doradztwo podatkowo-prawno-psychologiczne.Tyle,że ja jestem jak John Coffey z "Zielonej mili".
W pomoc zawsze się angażuję, przeżywam, rozważam (John zapadał na choroby ludzi, których leczył). Przejmuję się, gdy ktoś ma kłopoty,wspieram.

Niczego nie żądam w zamian.
Czasem tylko potrzebuję wsparcia, podtrzymania na duchu.
Nie dostaję nawet tego.

Widać moja praca ma niską wartość.

środa, 7 października 2009

Elektrowstrząsy.


W związku z tym,że słowa znów mi się kłębią w głowie (za dużo myślę?),muszę przelać je na "papier".
Wrócę do małego epizodu z dzieciństwa(o którym już tu wspominałam).

Ja jako odkrywca świata, byłam bardzo ciekawa co też takiego siedzi w kontakcie. Sprawdziłam. Dwiema wsuwkami do włosów. Odrzut był tak wielki....że pomimo młodego wieku (jakieś 2 lata)do dziś to pamiętam.

Moje kolejne zderzenie z prądem, tak wstrząsające, nastąpiło w wieku licealnym.
Ja , amator listy przebojów Trójki, siedziałam przed radiem i nagrywałam muzę na magnetofon marki Grunding (kasetowy, przenośny).Pech sprawił,że kabel od radia się przepalił i trzeba było zmienić wtyczkę.Ojciec mi ją dostarczył wraz z błogosławieństwem:
-Miałaś na fizyce prąd, to sobie radź.

Ufna w swe umiejętności i pełna wiary w siebie, zmieniłam wtyczkę.
Wkładam ja do kontaktu i...odrzut był tak wielki, że potłukłam głowę o podłogę. Korki wywaliło a w pokoju unosiła się zapach pieczonego mięsa (moje przypalone palce).

Do pokoju wpadł ojciec:
-Żyjesz? To napraw to porządnie.

Naprawiłam. Bez pomyłek.Bez podłączania zera do fazy.
Mówi się,ze saper myli się tylko raz , ale elektryk też ma duże szanse na tylko jedna pomyłkę.

Moich spięć z prądem jeszcze parę zaliczyłam.Wszystkie świetnie pamiętam.
Najlepsze jest to,że pamiętam wydarzenie z mojego drugiego roku życia.
Wysunęłam śmiałą hipotezę,że elektrowstrząsy spowodowały głęboki stan utrwalenia owych zdarzeń w mojej pamięci.

Z drugiej strony elektrowstrząsy to jedna z metod leczenia zaburzeń psychiatrycznych Zwykłemu laikowi, elektrowstrząsy kojarzą się z barbarzyńską i niezwykle bolesną metodą przepuszczania prądu przez mózg pacjenta, który po zabiegu staje się człowiekiem wprawdzie bez objawów, ale również bez kontaktu (potwierdzone w filmie "Lot nad kukułczym gniazdem").

Podobno wszyscy pacjenci mają zaniki pamięci odnośnie zdarzeń, które miały miejsce w okresie tuż przed terapią. Na krótko zaburzeniu ulega też ich zdolność do przyswajania nowych informacji. U niektórych pacjentów objawy te mogą utrzymywać się nawet do kilku miesięcy.

A moja pamięć tych zdarzeń trwa. Inna sprawa,że w innych sprawach to mam słabą pamięć.
Nie pamiętam (tak sobie wmawiam) złych rzeczy, nie pamiętam zbyt długo swoich krzywd, zapominam zrobić porządki, wynieść śmieci,wypastować buty...czy to amnezja? demencja starcza? a może sprytny sposób na nicnierobienie? :-)

poniedziałek, 5 października 2009

Słowa i myśli.

Ja, jako człowiek zdepresjonowany często zaglądam w głąb siebie w ramach autoterapii behawioralno-poznawczej.
I cóż ja tam znajduję?
Lęki, strachy, nieśmiałość, ukryte wspomnienia i chleb ze śmietaną.Pamiętam durne wierszyki, rymowanki i dziwne myśli.

Przypominam sobie ludzi, których zapomniałam, zdarzenia o których nie miałam pojęcia.
Są to fotografie, często czarno-białe, czasem jest to filmik video taki,jaki podobno widzą ludzie umierający.
Ja chyba nie umieram? Czasem wydaje mi się ,że tak.

No więc jestem jak odkrywca z Discovery.I tu moja pierś się pręży. Jestem odkrywcą...

Zaglądając w siebie odkryłam...słowa.

Odkąd chodzę na kurs księgowości i przebywam wśród ludzi, moje słownictwo staje się coraz bogatsze.
Nawet w myślach zaczynam używać trudnych słów (na razie pojedynczych), choć słowo "celebrytka" musiałam sprawdzić w google.

Jakie jest moje słownictwo? Bogate, coraz bogatsze. Rozpiętość: od żulowskiego po para inteligenckie.
Potrafię kląć jak szewc i komponować odpowiednie wiązanki a za chwilę moim para inteligenckim językiem z wykładów o rynku pracy, napiszę maila do siostry by ją wesprzeć w trudnym czasie, po utracie pracy.

W myślach układam piękne, złożone zdania, by za chwilę wystękać do kogoś lakoniczną odpowiedź na wcześniej zadane pytanie.

Po pełnych wzlotów myślach o swojej mądrości schodzę na ziemię i idę do durnej pracy, mało opłacanej i bez ambicji.

czwartek, 1 października 2009

Azymut drzwi.


Pierwsze symptomy wystąpiły jeszcze w L.O. Nie zaniepokoiły mnie, bo to były pojedyncze wypadki.Zauważyłam tylko,ze świat po zmroku inaczej wygląda. Światła miasta potrafią mnie tak zmylić,że zgubie się . No ale wiadomo:światła, zmierzch...

Kilkanaście lat temu po grzybobraniu, mieliśmy wyjść z lasu prosto do auta, stojącego przy drodze.Nie trafiłam. Inni tak. Trochę mnie to zaniepokoiło.Nie miałam nigdy problemu z orientacją w terenie (należało się do harcerstwa).Zaniepokojona lekko, szybko zapomniałam o incydencie, znajomi nie. Jakiś czas jeszcze pamiętali.

Minęło parę lat i jestem poważnie zaniepokojona. Gdy jedziemy do dużego marketu, zawsze mam obstawę, której się trzymam (kurczowo). Zaczęło się w Macro.
-No to spotkamy się pod kasami.
Rozejrzałam się. Kas nie ma. To gdzie ja mam iść? 5 kroków w przód, 10 na lewo. Kas nie ma.Mąż mnie znalazł. Kurczowo trzymałam go odtąd za kurtkę.

Centrum Silesia Sosnowiec. Chodzimy z siostrą. Chcę do WC. Zaprowadziła mnie i mówi:
-Idę zająć kolejkę do KFC a Ty dojdziesz.
Przed nami wielkie szklane drzwi a za nimi KFC.
-Nie! Musisz poczekać na mnie , bo nie trafię!

Punkt kulminacyjny nadszedł teraz. Gdy z dworca PKS w Krakowie mam przejść przez Galerię Krakowską zaczyna się. Oznaczyłam azymut:szklane drzwi, Mc Donalds, schody ruchome, wyjście.

Pewnego dnia, mając trochę czasu, zapragnęłam zobaczyć czym jest ta Galeria. Obeszłam parę sklepów, tych z których widziałam wyjście z Galerii.Udało się wyjść.

Innym razem ośmielona sukcesem,zapragnęłam zapuścić się dalej w korytarz. Zgubiłam się.Nastąpiły chwile grozy z dramatycznym poszukiwaniem wyjścia. Bieg w jedną stronę, w drugą. Wyjścia nie ma. Są ochroniarze.Pomogli. Pewnie mieli ubaw, bo Galeria ma prosty schemat planu.

Zdarzyło mi się to już 5 razy.Za każdym razem ogarnia mnie wtedy irracjonalny lęk, ból brzucha, ciśnienie mi skacze.
Ostatnio chciało mi się już płakać. Nie dlatego,że się zgubiłam,tylko dlatego,że ciągle mi się to zdarza. Tak się staram. Zapamiętuję punkty orientacyjne, kierunki i dupa blada.Jestem bezsilna.
Nie mam siły już poznawać zakamarki Galerii. Poza budynkiem sobie radzę.

poniedziałek, 28 września 2009

Jeden taki gest.

Taka banalna historyjka, a może nie taka banalna, bo może w mniejszym lub większym stopniu przydarzyła się i nam?


Pewnego dnia Ania , wracając z pracy, zauważyła młodą kobietę, która potykając się, upuściła wszystko, co taszczyła ze sobą - torebkę, książkę, sprawunki i jakieś papiery, które wdzięcznie rozpłynęły się po chodniku.
Podszedła do niej i w normalnym , ludzkim odruchu pomogła jej pozbierać rozsypane dookoła rzeczy.
Anna rozpoczęła grzecznościową rozmowę, którą kobieta podjęła. Szybko okazało się, że idą w tym samym kierunku. Szły tak prowadząc lekką konwesację o wszystkim i niczym.
Dobrze im sie rozmawiało i żadna nie chciała pierwsza powiedzieć :do widzenia.
Postanowiły wejść do malutkiej kafejki, by przedłużyć tę ulotną chwilę.
Gdy pierwsza mówiła, druga słuchała i na odwrót.

Spędziły popołudnie razem, pijąc kawę, jedząc ciastka, zaśmiewając z tego i owego i gawędząc.
Ania dowiedziała się,że dziewczyna ma na imię Oliwia, pracuje tu nie opodal, w pewnej firmie. Mieszka z koleżankami. Wynajmują wspólnie mieszkanie. Miała chłopaka ale własnie sie rozstali.
W końcu Anna wróciła do domu.
Jakiś czas jeszcze rozmyślała o całym zajściu.

Widywały się od czasu do czasu w drodze do pracy, czasem zamieniły parę słów ze sobą. Raz czy dwa spotkały sie znów na kawie.
Pewnego dnia Oliwia zaczepiła Annę i poprosiła o chwilę rozmowy.

- Zastanawiałaś się kiedyś może, dlaczego targałam wtedy ze sobą do domu tyle rzeczy? Widzisz, opróżniłam w pracy swoje biurko, ponieważ nie chciałem zostawiać po sobie bałaganu, ponieważ nie chciałam by ktoś grzebał w moich osobistych rzeczach.
Zabrałam wtedy mamie trochę tabletek nasennych... Chciałam popełnić samobójstwo, lecz gdy spędziłyśmy trochę czasu razem, rozmawiając i śmiejąc się, zdałam sobie sprawę, że gdybym się zabiła, ominęłyby mnie te chwile.Te i tyle innych, które miały nadejść.
Gdy pomogłaś mi pozbierać moje szpargały tamtego dnia.... tak naprawdę zrobiłaś o wiele więcej... Ocaliłaś mi życie, Aniu...Dziękuję.

czwartek, 24 września 2009

Fobie Monka.




Okazuje się,że psychopatologia odróżnia strach od lęku.Ja nie.Do dziś.
W poprzednich wypocinach pomyliłam pojęcia, nie rozróżniłam jednego od drugiego. Nieświadomie.
Otóż strach ma żródło w instynkcie przetrwania.To stan silnego emocjonalnego napięcia, pojawiający się w sytuacjach realnego zagrożenia .Reakcją jest napięcie mięśni , chęć ucieczki lub walki.

Natomiast lęk to negatywny stan emocjonalny związany z przewidywaniem nadchodzącego z zewnątrz lub pochodzącego z wewnątrz organizmu niebezpieczeństwa.
Objawy: niepokój, uczucie napięcia, skrępowania, zagrożenia. W odróżnieniu od strachu jest on procesem wewnętrznym, nie związanym z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem.

I w tym miejscu pomyślałam sobie o najsłynniejszym "zalęknionym" człowieku Adrianie Monku.
Jego lęki, jego fobie bawią nas na ekranie tv jednak gdyby człowiek wszystkie je posiadał, to chyba nie mógłby funkcjonować. Monk pierwotnie miał ich 38, a podobno dobija już do 100. Za dużo ich.

Jego fobie codzienne: drobnoustroje(mysophobia), igły (trypanophobia),  mleko, śmierć(necrophobia), węże (ophidiophobia), grzyby, wysokość (akrofobia),  tłumy, windy.
Monk panicznie boi się dentystów (dentophobia). Do jego najgorszych 10 fobii można także dołączyć ciemność (nyctophobia).

Po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że jestem posiadaczką paru fobii. Na szczęście jeszcze nie są chorobliwe, nie zdominowały moich zachowań.

Monk cierpi jeszcze na nerwicę natręctw.
Uporczywe nawracające myśli oraz przymus wykonania jakiś czynności to podstawowe objawy nerwicy natręctw. Objawy te pojawiają się w natężeniu i polegają na powtarzaniu w stereotypowy sposób jakiejś czynności wbrew własnemu rozsądkowi i własnej woli. Im silniej chory z nimi walczy, tym większy odczuwa przymus ich wykonywania. I nadchodzi ulga. Wykonujemy tę czynność.Wkrótce jednak potrzeba jej wykonania wraca na nowo.
Najczęściej spotyka się przymusowe mycie rąk, rytuały przy ubieraniu i rozbieraniu, sprawdzanie siebie (czy dobrze wykonało się określoną czynność), „odczynianie”.

Ktoś kto nie ma żadnego natręctwa niech podniesie palec.
Osobiście znalazłam u siebie kilka. W tym parę naprawdę upierdliwych np. ciągłe ścieranie okruszków z blatu (gdy walczę z przymusem, okruszki rosną i kują mnie w oczy), równoległe i prostopadłe układanie przedmiotów na biurku itp.

W takim razie czym jest normalność?

środa, 23 września 2009

Strach.

  Dedykuję mojej siostrze G.
............................................................

 Był czas, że bardzo się bała. Bała się wszystkiego. Bała się ludzi, dzieci, bała się wyjścia z tatą do kina, jazdy na rowerze. Potem bała się dużych, jasnych sklepów, głośnej muzyki, porzuconych parasoli i prądu w ścianach.
Przerażali ją ludzie, przerażały długie, kręte korytarze, nagle pociemniałe niebo, płacz dzieci i formularze.
Bała sie gdy ktoś zapukał do drzwi, bała się rozmów, ludzkiego wzroku i ich ciętych języków.Bała się rumieńca na twarzy czy wyjścia do sklepu.
Bała się zmian.
Nie mogła sobie przypomnieć czasu przed tym uczuciem, przed tym wszechogarniającym strachem. Wydawało jej się, że kiedyś tak nie było. Ale nie była zupełnie pewna.
Jak sięgnać pamięcią, strach towarzyszył jej zawsze. Dopadał nagle, wywoływał ból brzucha, drętwienie rąk i nóg, drżenie całego ciała.Strach wyżerał jej trzewia, niszczył ciało. Jej podkrążone oczy i szara twarz mówiły o jej złej kondycji. Rzadko kiedy jej lico rozpromieniał uśmiech. Zawsze była smutna i zmartwiona. Ludzie mówili o niej:poważna i mądra. Czy zawsze ze smutnego oblicza bije mądrość? Nie czuła się mądra. Czuła się smutna, niespełniona, niedowartościowana. Nie miała pomysłu na życie, na siebie ,na jutro.
Próbowała zgłębić naturę swojego lęku. Dociec jego przyczyn.
Jedną z niewielu rzeczy, jakich się nie bała były książki. Zaszywała się więc z nimi w jakimś kącie swojego pokoju, pod kołdrą, i czytała.
Pomimo długich godzin spędzonych z mądrymi książkami nie udało jej się odkryć przyczyny swojego lęku. Przez jakiś moment była pewna, że trafiła na właściwy trop. Książki dużo mówiły o strasznych wydarzeniach, które nazywały traumami. Próbowała znaleźć jakąś traumę w swoim życiu. Ale odkąd pamiętała, otaczała ją opieka rodziców. Na pytanie zadawane sobie: czy moje dzieciństow było nomalne , zawsze odpowiadała: tak.
Pamięta,że były rzeczy, które dzieciom niosły radość: nowa lalka z długimi włosami, samochód na baterie. Jej nie cieszyło nic.
Pamiętała swój spazmatyczny płacz, kiedy ojciec przyniósł wirującego, brzęczącego bąka-zabawkę. Ucieczkę przed szeleszczącymi papierkami od prezentów. Wrzask podczas jazdy ruchomymi schodami, czy choćby wtedy, kiedy ojciec wsadził ją na konia o którym tak marzyła. Bała się chyba od zawsze. Wszystkiego.
            Jej rodzice nie tolerowali tego lęku. Drażnił ich, nie rozumieli go. Nazywali ją tchórzem. Sama musiała codziennie stawiać mu czoło.Udawała więc przed światem,ze wszystko jest w porządku.


            Do przedszkola nie chodziła. Do szkoły poszła pełna lęków i niepokojów.
Do leków albo przez lęki doszła nieśmiałość. Wstydziła się odezwać, zaczepić jakieś dziecko w celu zapoznania się. Nie odzywała się na lekcjach, bo po co ma mówić, skoro wszyscy to już wiedzą.
Wstydziła sie odpowiadać na lekcjach. Wyrwana do odpowiedzi czerwieniła się i jąkała dziwnie przechylając głowę, co szybko zauważyły dzieci z jej klasy i wyszydzały. Kpiły z jej obco brzmiącego nazwiska, z jej nieśmiałości, z jej ubrań czy piegów.

W końcu dorosła – i problem pokazywania się wśród ludzi znikł, bo potrafiła przekonywująco i bardzo głośno obstawać przy swoim. Dali jej spokój, pozwalając jej zostać z tym niezrozumiałym i permanentnym lękiem.
            A ona odkryła magię ucieczki. Odkryła, że jeśli mocno otuli się grubym kocem, albo schowa pod kordłą , kiedy zamknie oczy tak, że prawie nic nie będzie w stanie widzieć spod powiek, lęk odchodzi. Pozostaje tylko ona, jej marzenia i książki.

Wraz z przewracanymi stronami książek, nabierała coraz większej ochoty, by poznać świat , którego tak się bała. Ta myśl towarzyszyła jej od dzieciństwa.
Pragnęła poznać szczęśliwych ludzi, zaszytych gdzieś na końcu świata, żyjących dniem dzisiejszym.
Po otwarciu oczu trafiała znów do prawdziwego świata, świata niekompletnego i brudnego, świata, w którym ludzie nie lubili przebywać, świata, gdzie ona miała jakieś nikłe poczucie bezpieczeństwa.
Zruinowane budynki, rowy porosłe zszarzałą trawą, opuszczone komórki i skrytki, jaskinie nad rzeką czy samotnie w górach – tam dobrze się czuła. Wystarczył kawałek przestrzeni, drzewo z rozłożystymi gałęziami,miejsce pod mostem. Tam przesiadywała godzinami, planując skomplikowane scenariusze swojego życia, plotąc miniaturowe sukienki z sitowia i długich traw, układając wzory z kamieni i potłuczonego szkła, czy gapiąc się na chmury płynące lekko po niebie.

            Wracała odrobinę mniej wylękniona, z czarnymi obwódkami pod paznokciami, pachnąca wiatrem. Na tyle mniej wylękniona, że pozwalała sobie snuć marzenia o krainach, które znała z książek. Na tyle mniej wylękniona, że zaczynała wierzyć, że wyprawa w te nieznane rejony pozwoli ukoić lęk i spełnić skrywane marzenia.
Ta wiara kiełkowała w niej powoli, jakby poza zasięgiem jej świadomości.
I jakby poza zasięgiem jej świadomości kazała przygotowywać się do drogi.

Kazała gromadzić zapasy sucharów i ciepłego ubrania, pchała do nauki obcego języka, czytać mapy. Kazała porzucić wspomnienia, by zrobić miejsce w głowie na nowe myśli i nowe ścieżki wędrówek. I tak zaczęła myśleć coraz mniej o otaczającym ją świecie. Myślała o nim na tyle niewiele, że kiedy nadszedł dzień odejścia, bez żalu zostawiła wszystko co miała, czym żyła i wszystko kim była.

Otuliła szyję miękkim szalem, nałożyła na siebie wełnianą jesionkę, zabrała plecak z wiktem, mapami, dokumentami i kilkoma innymi, najpotrzebniejszymi rzeczami.
Początek był prosty. Wystarczyło trzymać się utartych szlaków i ścieżek. Celem, przynajmniej na razie, był brzeg morza. Kiedy w końcu do niego dotarła, po meczącej podróży, poczuła ulgę w piersi. Zaraz jednak targnał nią strach. Strach przed nieznanym, przed niewiadomą dnia jutrzejszego.
Jednak uczyniła już ten pierwszy krok i wiedziała, że nie wolno jej się zatrzymać.
Musiała dostać się na pokład statku. Wcześniej wykupiła bilet i miała podróżować jakimś statkiem handlowym.
Cieszyło ją to, bo gwarantowało ,że nie będzie wiele ludzi, którzy będą chcieli porozmawiać. I choć nie była osobą zdziczałą i potrafila prowadzić konwersacje na poziomie, zupełnie nie miała na nie ochoty.

            Dalsza podróż nauczyła ją, że jej obroną przed strachem jest niewidzialność. Ukryta w pod warstwą nijakich ubrań, czuła się niewidzialna i bezpieczna. Nie zauważyła nawet kiedy, ale strach zelżał. Pozwolił jej zbliżyć się do ludzi na tyle, by w rozmowach z nimi znajdywać przyjemność. Pozwolił odpowiadać o sobie, o swoich marzeniach i planach. W opowiadaniach ludzi pozwolił jej zobaczyć równiny zalane słońcem, miasta, skrzące się w słońcu wieże meczetów, wsie, kolorowe szaty młodych dziewcząt i bransolety na kostkach .Widziała ludzi kochających się i szanujących, dzieci bawiace się na placach, widziała ludzi, którzy za tę samą, srebrną monetę, potrafili kupić błyszczący szal albo wykarmić rodzinę przez trzy dni. Poznała wschody i zachody słońca, które różniły się tylko nasyceniem barw; poznała fakturę tkanin i ziemi każdego miejsca, które odwiedziła.
Poznała zapachy tych miejsc i zapamiętała je. Były to zapachy szczęścia. Jej szczęścia.
Strach towarzyszył jej nadal, jednak już nie tak intensywny.Czasem układając się do snu, zwijała się w kłębek a głowę przykrywała kocem, by odgrodzić się od świata . Czuła się szczęśliwa. Znalazła swoje miejsce na ziemi,znalazła akceptację ludzi.Wyzbyła się zwykłych ludzkich pragnień i wzniosła sie na wyzszy poziom jestestwa.
W jej świecie nie działo się wiele. Co nie znaczy, że nie działo się intensywnie.

wtorek, 22 września 2009

Bajka o smutnym smutku.

Autor nieznany.
Spodobała mi się. Mam nieustającego doła,więc ta bajka jest na czasie...ku pokrzepieniu serc...


Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka.
Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem,
a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej,
szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać.
Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem.
Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała:
"Kim jesteś?" Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy,
a blade wargi wyszeptały: "Ja? ... Nazywają mnie smutkiem"
"Ach! Smutek!", zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego.
"Znasz mnie?", zapytał smutek niedowierzająco.
"Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce.
"Tak sądzisz ..., zdziwił się smutek, "to dlaczego nie uciekasz przede mną.
Nie boisz się?" "A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły?
Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka.
Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?" "Ja ... jestem smutny."
odpowiedział smutek łamiącym się głosem.
Staruszka usiadła obok niego. "Smutny jesteś ...",
powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową. "A co Cię tak bardzo zasmuciło?"
Smutek westchnął głęboko.
Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać?
Ileż razy już o tym marzył. "Ach, ... wiesz ...", zaczął powoli i z namysłem,
"najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi.
Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi
i towarzyszyć im przez pewien czas.
Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem.
Boją się mnie jak morowej zarazy." I znowu westchnął.
"Wiesz ..., ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić.
Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać.
A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności.
Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału.
Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać.
I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane.
Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez.
Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności."
"Masz rację,", potwierdziła staruszka, "ja też często widuję takich ludzi."
Smutek jeszcze bardziej się skurczył. "Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi.
Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą.
Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany.
Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy.
Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany,
która co pewien czas się otwiera. A jak to boli!
Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem
i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany.
Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał.
Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem.
Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia." Smutek zamilkł.
Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze,
potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.
Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie.
"Płacz, płacz smutku.", wyszeptała czule.
"Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił.
Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam.
Będę Ci zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie pokona."
Smutek nagle przestał płakać.
Wyprostował się i ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę:
"Ale ... ale kim Ty właściwie jesteś?"
"Ja?", zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak beztrosko,
jak małe dziecko. "JA JESTEM NADZIEJA!"