Tekst doskonały made by Jaszczurka http://www.eioba.pl/a134371/my_dzieci_tamtych_rodzic_w
Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach
małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który
psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My
nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej
niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią
nasze szalone lata 80.:
•Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w
naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i
odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę.
Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy
zasad BHZ (Bezpieczeństwo Higieny Zabaw).
•Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy
opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od
zerówki.
• Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się
spociliśmy.
•Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek,
herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas
zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał
szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził
babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
•Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które
wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy
się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
•Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad
nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach
wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
•Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w
podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie
muszą do niej wracać.
•Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie
utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby
się tej sztuki nauczyć.
•Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na
zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt
nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do
czego służą kaski i ochraniacze.
•Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał
nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
•Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję, żeby zakablować
rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek
był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
•Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się
od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
•W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie
potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy
grzecznie spać.
•Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał
nam uwagi.
•Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer,
udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też
wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
•Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby
odzwierzęce.
•Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie
osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt
nie mył, po tej czynności, rąk.
•Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle
chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień
dobry i nosić za nią zakupy.
• Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły
miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
•Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy
powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
•Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec
postawił mu piwo.
•Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że
mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
•Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i
nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
•Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje
pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym
wieku. My również.
•Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy
zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
•Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.
Czasami próbowaliśmy to jeść.
•Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył
kalorii.
•Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie
brzydził.
•Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie
umarł.
•Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że
dla nas, to wstyd.
•Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i
wycierania ust rękawem.
•Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie
nawzajem.
•Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie
dawać radę sami.
•Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi,
wolność była naszą własnością.
•Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy
ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych
wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli
studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i
wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać
patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie
wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy
dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków,
zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 października 2010
czwartek, 7 października 2010
Gry.




Dziecięciem będąc uwielbiałam grać w karty.Ojciec próbował bezskutecznie wyleczyć mnie z tego ohydnego hazardu. Do czasu.
Zapewne moje uwielbienie wynikało z tego,że miałam wiecznego partnera w osobie mojej babci, który dawał mi wygrywać.Ona to dopiero był nałóg!
Nie mogąc zwalczyć nałogu, ojciec wymyślił podstęp.
Przygotował dla mnie specjalne karty. Karty z literkami i liczbami.
Wymyślił też jakąś grę na tych kartach po to by zainteresować swoją latorośl alfabetem i czytaniem w ogóle.
Podstęp był wyśmienity.
Natychmiast przestałam grać w karty.
Jednak czytać nie dałam się nauczyć.Walczyłam z tym ile mogłam. Oczywiście poległam.
Piszę o tym, bo przypomniało mi się,że następny hazardowy etap w moim życiu to były gry planszowe.
Z nimi ojciec nie walczył.
Mówi się,że gry planszowe to najlepsza rzecz jaką człowiek wymyślił.
Popieram.
Gdy już znudziła się nam jakaś gra, na jej planszy wymyślaliśmy nowe gry. Następował i ciągły rozwój.Do głosu dochodziła kreatywność.Kreatywność na miarę naszego wieku i tamtych czasów.
poniedziałek, 10 maja 2010
Trzepak.

Trzepak - przyrząd lub urządzenie pomagające w zasadniczy sposób w trzepaniu dywanów, szczególnie popularne przed upowszechnieniem się odkurzaczy. Zbudowane jako usztywniona rama, najczęściej z rur stalowych, mocowana do podłoża na stałe.
Trzepak najczęściej wyposażony jest w dwie równoległe, poziome poprzeczki, umieszczone na różnej wysokości, górna zazwyczaj w okolicach 2 m nad powierzchnią ziemi. Na osiedlach bloków wielorodzinnych trzepakom towarzyszą zazwyczaj ławeczki do układania wytrzepanych dywanów.
Niegdyś trzepak był obowiązkowym elementem wyposażenia każdego podwórka.
Ze względu na wytrzymałą budowę i nieraz ciekawą konstrukcję, często wykorzystywany przez dzieci jako element zabaw podwórkowych. Do ulubionych zabaw dzieci na trzepaku należały wszelkie ewolucje akrobatyczne. Uprawiano jednak i bardziej wymyślne zabawy, szczególnie na większych podwórkach dużych osiedli mieszkaniowych budowanych z wielkiej płyty, gdzie trzepaki miały nieraz dużą, łamaną, wielomodułową konstrukcję. Taką zabawą była np. gra "w ślepca", polegająca na tym, że po odpowiednio dużej konstrukcji poruszali się uczestnicy gry starający się uniknąć kontaktu dotykowego z głównym graczem mającym zasłonięte oczy. Nowym "ślepcem" zostawała ta osoba, którą dotychczasowy "ślepiec" dotknął, lub która dotknęła ziemi.
Trzepak to kolejny etap w moim życiu.
To miejsce spotkań społeczności blokowej, miejsce zabaw, zwisów wszelkiego typu, fikołków i dzikich pomysłów.
Trzepak był punktem zbornym. Tu wszystko się zaczynało. Tu rodziły się pomysły na zabawy na ten dzień,tu nasza "banda" się naradzała. W późniejszym życiu trzepak też odgrywał dużą rolę, ale o tym kiedyś.
Teraz mam 5-6 lat.Codziennie ćwiczę na trzepaku fikołki, kiełbaski,zwisy. Gdy zaczyna być zbyt mało ekstremalnie, to samo wykonuje się na górnej poprzeczce.
Trzepak często potrafił być też koleżanką do trzymania gumy. Gdy akurat nie było trzeciego do grania w gumę, zatrudniało się trzepak.
Tuż obok trzepaka mieliśmy fajne gliniane klepisko.Szybko zostało zaadaptowane jako placyk do gry w "noża".
Czym była ta gra?
Tak, tak.Grało się nożem. Doskonaliliśmy nasze umiejętności rzucania nożem. Na ziemi rysowało się koło.Przeważnie niewielkie (kwestia umowna) i dzieliło na tyle części ilu było graczy.Kawałek tej pizzy to było moje terytorium. Wic polegał na tym by rzucając nożem w terytorium kolegów, trafić i odkroić część dla siebie.I tak okrawało się kawałek po kawałku, tak długo aż wszyscy odpadli. Oczywiście gra trwała godzinami i wcale nie jest możliwe wykończenie całkowite ostatniego przeciwnika.
To nie miało znaczenia. Ważna była gra.
Nóż. Nóż musiał być ostry i mieć szpic.
To niebezpieczne narzędzie. Sama swoim dzieciom nie dałabym do zabawy.
Jednak nie pamiętam, by ktoś kogoś dźgnął, trafił w kolano czy oko.
Nie pamiętam by ktoś nadział się na nóż biegnąc.Nie pamiętam by ktoś komuś wydłubał oko.
Na wielu podwórkach, zarówno dużych blokowisk, jak i typowych kamienic, trzepak był nie tylko jedyną atrakcją dla dzieci, ale i ważnym elementem integrującym społeczności lokalne. Często to właśnie wokół niego koncentrowało się całe życie towarzyskie mieszkańców. Młodzież często przeżywała właśnie pod trzepakiem swoje pierwsze miłości, randki i pocałunki. Również dla dorosłych trzepak był często głównym miejscem spotkań, ot choćby dlatego, że znajdowała się przy nim jedyna na podwórku ławeczka, na której można było przysiąść lub postawić siatki z zakupami i porozmawiać z sąsiadami.
Socjologiczna rola trzepaka stała się również źródłosłowem nazwy osiedlowych sieci komputerowych, budowanych przez amatorów - zwanych sieciami trzepakowymi, bądź po prostu trzepakami.
Trzepak znalazł miejsce w wielu polskich (i nie tylko) filmach. Czołowym przykładem w polskiej kinematografii jest serial "Czterdziestolatek", gdzie praktycznie w każdym odcinku pojawia się epizod z tym elementem tzw. małej architektury.
Początki.
W moim dzieciństwie nieznane były pojęcia: szpan, lans czy komputer...bo po prostu nie istniały.Z gier powszechne i dostępne były te planszowe oraz wszelkie podwórkowe.
Czy przez to dzieciństwo dzisiejszych 40-latków było straszne? Nie.
Dzieciaki na podwórkach nigdy się nie nudziły.Pomysłowość i kreatywność to były nasze imiona.
Moje dzieciństwo to socjalizm realny.Czy przez to było straszne? Nie.
Zapewne dlatego,że jako dziecko niewiele mnie to interesowało.
Piaskownica to pierwsze zderzenie ze społecznością podwórkową. Niewiele pamiętam z piaskownicy.Może i słusznie.Jednak uczęszczałam do niej na pewno, bo do dziś lubię budować zamki z piasku, lepić babki.
Wyjście z piaskownicy zapewne było przełomowym wydarzeniem w moim życiu.Przecież to kolejny krok ku dorosłości.
Kroków tych może było 4, bo tyle dzieliło piaskownicę od trzepaka....
Czy przez to dzieciństwo dzisiejszych 40-latków było straszne? Nie.
Dzieciaki na podwórkach nigdy się nie nudziły.Pomysłowość i kreatywność to były nasze imiona.
Moje dzieciństwo to socjalizm realny.Czy przez to było straszne? Nie.
Zapewne dlatego,że jako dziecko niewiele mnie to interesowało.
Piaskownica to pierwsze zderzenie ze społecznością podwórkową. Niewiele pamiętam z piaskownicy.Może i słusznie.Jednak uczęszczałam do niej na pewno, bo do dziś lubię budować zamki z piasku, lepić babki.
Wyjście z piaskownicy zapewne było przełomowym wydarzeniem w moim życiu.Przecież to kolejny krok ku dorosłości.
Kroków tych może było 4, bo tyle dzieliło piaskownicę od trzepaka....
czwartek, 17 września 2009
Poezja w moim życiu.



Ostatnio wymyśliłam,że moje dzieciństwo usłane było poezją. Jak to pięknie zabrzmiało.
Ja, dziecko robotniczego proletariatu, wychowałam się na poezji.
Podwórkowej, dodam.
Zaczęło się od:
Kosi kosi łapci,
pojedziemy do babci,
Babcia da nam mleczka, dziadek cukiereczka.
Otaczała mnie potem już wszędzie: na placu zabaw, w domu, w szkole,nawet podczas kłótni z innymi dzieciakami. W tym miejscu przypomnieli mi się "Chłopi" i scena gdy kobiety wsiowe obrzucały się wymyślnymi przezwiskami przez płot. My też obrzucaliśmy się wyzwiskami, przezwiskami tyle,że jakoś tak zawsze było,że powinny się rymować.
Rymowały się więc wyzwiska, wyliczanki, nawoływania,regułki od zabaw, zaklepywanki. Rymy częstochowskie same nam się kleiły, mieszały się w głowach a potem artykułowały na podwórku.
Królu, królu daj wojaka!
Jakiego?!
Dzielnego!
Kto nim jest?!....
Nie można było wykpić kogoś bez rymu : "Panna z kawalerem, pod ósmym numerem,
panna się opiła, kawalera zbiła...."
Zabawa w chowanego związana była z rymami poprzez wyliczanki i zaklepywanki:
Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu,
przyszedł duch,
babę - buch,
baba - fik,
a duch znikł.
A durne wierszyki....
W pokoiku na stoliku
stalo mleczko i jajeczko
przyszedl kotek, wypił mleczko
a ogonkiem stłukł jajeczko
przyszla pani, kotka zbiła
a skorupki wyrzuciła.
I jeszcze głupsze piosenki...
była sobie raz królewna
Pokochała grajka
gdy sie o tym król dowiedział
Kazał obciąć jajka
gilotyna już gotowa
już prowadzą grajka
gilotyna ciach zrobiła
i obcieła jajka
Taki morał z tej ballady
dla każdego grajka
kiedy idziesz do dziewczyny
zostaw w domu jajka
towarzyszyły nam na co dzień.
Zaczęłam sobie przypominać tę poezje szeroko pojętą i w głowie teraz mi się kłębią te wszystkie rymowanki.Jako że wszystkich tu nie wypiszę, więc do wieczora moja rodzina ma przechlapane, bo będzie ich słuchać.
A jurto...jutro wrócę do rzeczywistości i nawet biały rym nie opuści moich ust.
poniedziałek, 27 lipca 2009
Wyliczanki.
Czy pamiętamy wyliczanki z naszego dzieciństwa?
1. Na wysokiej górze stało drzewo duże
Nazywało się apli papli bitem blom.
2. Nie ma masła nie ma serka
My nie chcemy Edwarda Gierka
Raz , dwa, trzy
Sekretarzem będziesz Ty!
3. Raz, dwa, trzy, cztery,
maszeruje Hackelbery,
no a za nim Pixi, Dixi,
co się kąpią w proszku "IXI",
a za nimi misio Yogi,
co ma zawsze brudne nogi.
A za misiem krowy dwie,
wykąpane w proszku "E".
4. Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu,
przyszedł duch, babę - w brzuch,
baba - fik, a duch znikł.
5. Ene due rike fake,
torba borba ósme smake,
eus deus kosmateus
i morele baks.
Proszę o więcej....
1. Na wysokiej górze stało drzewo duże
Nazywało się apli papli bitem blom.
2. Nie ma masła nie ma serka
My nie chcemy Edwarda Gierka
Raz , dwa, trzy
Sekretarzem będziesz Ty!
3. Raz, dwa, trzy, cztery,
maszeruje Hackelbery,
no a za nim Pixi, Dixi,
co się kąpią w proszku "IXI",
a za nimi misio Yogi,
co ma zawsze brudne nogi.
A za misiem krowy dwie,
wykąpane w proszku "E".
4. Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu,
przyszedł duch, babę - w brzuch,
baba - fik, a duch znikł.
5. Ene due rike fake,
torba borba ósme smake,
eus deus kosmateus
i morele baks.
Proszę o więcej....
wtorek, 21 lipca 2009
Papierosy.
Ostatnio źle czuję się psychicznie.Jednak gdy wspominam swoje łobuzerskie wybryki...śmieję się. To co kryje się w naszej pamięci, jest nieodgadnione póki nie zaczniemy sobie przypominać.
Myślałam,że niewiele pamiętam z dzieciństwa, a tu masz babo placek. Jest tego ogrom.I złego i dobrego.
Moja mama była dosyć toksyczna, z czego nie zdawałam sobie sprawy. To rodzice są budowniczymi naszego charakteru, poczucia wartości i tego kim jesteśmy.
Nie zdawałam sobie z tego sprawy do momentu, gdy pierwszy raz poszłam do psychiatry, gdy zaczęłam czytać o terapiach behawioralno-poznawczych. Wtedy jakby kurtyna opadła.Ujrzałam całe swoje życie w innym świetle.
Wredne jest to,że oskarżam matkę o mój brak poczucia wartości,o nieśmiałość, o nieudaczność, o niską inteligencję,i wiele innych.Może to niesprawiedliwe.Może.
Bardzo boję się,że i ja wyrządziłam moim dzieciom takie krzywdy.Szkoda,że wcześniej nie miałam takiej wiedzy jak dziś.
Odc.6. Papierosy.
-Dzisiaj po południu przyjdzie ciocia Basia, przypilnować Was bo mama musi wyjść-oświadczyła mama.
Mama i tata zapisali się na kurs samochodowy i uczą się jeździć. A ciocia Basia to taka udawana ciocia, ale bardzo fajna.
-Ciocia wyjdzie o 19.00 i przez godzinkę będziecie same.
-Dobrze mamo-odpowiedziałam a przez głowę przebiegło mi tysiąc myśli, jakby ten czas wykorzystać.
- To przyjdzie do mnie Iza i Ela i będziemy się bawić.- odpowiedziałam.
-Dobrze, tylko grzecznie i zaopiekuj się siostrami.
Wszystko przebiegło zgodnie z planem i ciocia Basia poszła sobie o 19.00, a my ruszyłyśmy w tango.
Realizacja tego , co zaplanowałyśmy przebiegła nadzwyczaj dobrze. Wcześniej ukryłyśmy paczkę papierosów w pokoju, a ciocia też zostawiła nam bonus, bo zapomniała wziąć swojej (parę fajek).
-Dobra nasza!- krzyknęłam gdy tylko ciocia opuściła nas.
-No zapal,zapal!-namawiała Iza.
-Ela, no ciągnij!-instruowałam.
Wszystkie odpaliłyśmy papierosy.
-Musimy chodzić po mieszkaniu,żeby nie śmierdziało!-powiedziałam.
No to chodziłyśmy z tymi papierosami po mieszkaniu.
Gdy tylko się skończył jeden, odpalałyśmy następnego.
-Ale Twoja siostra poskarży na pewno-powiedziała Iza.
-To tez jej damy zapalić- odpowiedziałam.
Renata więc też dostała papierosa.Pociągnęła i zaczęła kaszleć.
Musiałyśmy więc ją przekupić cukierkami by nie poskarżyła rodzicom.
Wypaliłyśmy całą paczkę papierosów.
Gdy mama wróciła z kursu, zapytała:
-Co tu tak śmierdzi papierosami?
-Bo ciocia Basia paliła.
-No ale żeby aż tak?-zdziwiła się mama.
Jako zawodowy kłamca zręcznie się wyłgałam.
Na drugi dzień zaczęło się.
-Widziałam się z ciocią Basią i powiedziała,ze zostawiła tu paczkę papierosów, nie widziałaś jej?
Ja, z miną niewiniątka:
-Nie.- bo jak kłamać to do końca.
-A Renia mówiła , że wy wypaliłyście wczoraj dużo papierosów. Mówiła,że paliłyście, kaszlałyście, plułyście do zlewu tytoniem a jej dałyście cukierka , by nie poskarżyła.
_Nieprawda! Ona też paliła!-wykrzyknęłam.
Iza i Ela oświadczyły mi tego samego dnia,że ich mama już wie, bo moja mama doniosła.
Ela zaczęła płakać.
-Jak tata się dowie, to mnie zabije. Izie nic nie zrobi, bo to łobuz,ale ja....
-Coś Ty, jesteś jego pupilką, nic Ci nie zrobi.-powiedziała Iza.
Mój tata się dowiedział, jak tylko przyjechał z pracy.Słyszałam jak się śmiał do rozpuku. Kiedy się w końcu uspokoił, zawołał mnie:
-Masz papierosa, pal.
-Chcesz ją zabić?-krzyknęła mama.
-Jak pali to niech robi to porządnie-odpowiedział tata.
Potem kazał mi się zaciągnąć. Kaszel wstrząsnął całą mną.
Potem kazał mi napisać taki cyrograf,że do 18 -tego roku życia nie będę nałogowo pali ani pic.
Początkowo chciał utoczy palca, bym podpisała go własną krwią, ale spasował po moim napadzie płaczu.
Podpisałam atramentem. (Oczywiście strzeliłam byka i żyletka poszła w ruch).
Ten cyrograf mam do dziś....fajna pamiątka.
Myślałam,że niewiele pamiętam z dzieciństwa, a tu masz babo placek. Jest tego ogrom.I złego i dobrego.
Moja mama była dosyć toksyczna, z czego nie zdawałam sobie sprawy. To rodzice są budowniczymi naszego charakteru, poczucia wartości i tego kim jesteśmy.
Nie zdawałam sobie z tego sprawy do momentu, gdy pierwszy raz poszłam do psychiatry, gdy zaczęłam czytać o terapiach behawioralno-poznawczych. Wtedy jakby kurtyna opadła.Ujrzałam całe swoje życie w innym świetle.
Wredne jest to,że oskarżam matkę o mój brak poczucia wartości,o nieśmiałość, o nieudaczność, o niską inteligencję,i wiele innych.Może to niesprawiedliwe.Może.
Bardzo boję się,że i ja wyrządziłam moim dzieciom takie krzywdy.Szkoda,że wcześniej nie miałam takiej wiedzy jak dziś.
Odc.6. Papierosy.
-Dzisiaj po południu przyjdzie ciocia Basia, przypilnować Was bo mama musi wyjść-oświadczyła mama.
Mama i tata zapisali się na kurs samochodowy i uczą się jeździć. A ciocia Basia to taka udawana ciocia, ale bardzo fajna.
-Ciocia wyjdzie o 19.00 i przez godzinkę będziecie same.
-Dobrze mamo-odpowiedziałam a przez głowę przebiegło mi tysiąc myśli, jakby ten czas wykorzystać.
- To przyjdzie do mnie Iza i Ela i będziemy się bawić.- odpowiedziałam.
-Dobrze, tylko grzecznie i zaopiekuj się siostrami.
Wszystko przebiegło zgodnie z planem i ciocia Basia poszła sobie o 19.00, a my ruszyłyśmy w tango.
Realizacja tego , co zaplanowałyśmy przebiegła nadzwyczaj dobrze. Wcześniej ukryłyśmy paczkę papierosów w pokoju, a ciocia też zostawiła nam bonus, bo zapomniała wziąć swojej (parę fajek).
-Dobra nasza!- krzyknęłam gdy tylko ciocia opuściła nas.
-No zapal,zapal!-namawiała Iza.
-Ela, no ciągnij!-instruowałam.
Wszystkie odpaliłyśmy papierosy.
-Musimy chodzić po mieszkaniu,żeby nie śmierdziało!-powiedziałam.
No to chodziłyśmy z tymi papierosami po mieszkaniu.
Gdy tylko się skończył jeden, odpalałyśmy następnego.
-Ale Twoja siostra poskarży na pewno-powiedziała Iza.
-To tez jej damy zapalić- odpowiedziałam.
Renata więc też dostała papierosa.Pociągnęła i zaczęła kaszleć.
Musiałyśmy więc ją przekupić cukierkami by nie poskarżyła rodzicom.
Wypaliłyśmy całą paczkę papierosów.
Gdy mama wróciła z kursu, zapytała:
-Co tu tak śmierdzi papierosami?
-Bo ciocia Basia paliła.
-No ale żeby aż tak?-zdziwiła się mama.
Jako zawodowy kłamca zręcznie się wyłgałam.
Na drugi dzień zaczęło się.
-Widziałam się z ciocią Basią i powiedziała,ze zostawiła tu paczkę papierosów, nie widziałaś jej?
Ja, z miną niewiniątka:
-Nie.- bo jak kłamać to do końca.
-A Renia mówiła , że wy wypaliłyście wczoraj dużo papierosów. Mówiła,że paliłyście, kaszlałyście, plułyście do zlewu tytoniem a jej dałyście cukierka , by nie poskarżyła.
_Nieprawda! Ona też paliła!-wykrzyknęłam.
Iza i Ela oświadczyły mi tego samego dnia,że ich mama już wie, bo moja mama doniosła.
Ela zaczęła płakać.
-Jak tata się dowie, to mnie zabije. Izie nic nie zrobi, bo to łobuz,ale ja....
-Coś Ty, jesteś jego pupilką, nic Ci nie zrobi.-powiedziała Iza.
Mój tata się dowiedział, jak tylko przyjechał z pracy.Słyszałam jak się śmiał do rozpuku. Kiedy się w końcu uspokoił, zawołał mnie:
-Masz papierosa, pal.
-Chcesz ją zabić?-krzyknęła mama.
-Jak pali to niech robi to porządnie-odpowiedział tata.
Potem kazał mi się zaciągnąć. Kaszel wstrząsnął całą mną.
Potem kazał mi napisać taki cyrograf,że do 18 -tego roku życia nie będę nałogowo pali ani pic.
Początkowo chciał utoczy palca, bym podpisała go własną krwią, ale spasował po moim napadzie płaczu.
Podpisałam atramentem. (Oczywiście strzeliłam byka i żyletka poszła w ruch).
Ten cyrograf mam do dziś....fajna pamiątka.
czwartek, 16 lipca 2009
Odc.5. Koszyczek.
Ten blog to taki sralnik (cytat z matkiboskiejmacicznej).Nierówny , o wszystkim i o niczym. Miał być o wszystkim i o niczym,więc cel osiągnięty.
Jednak tak naprawdę mało w nim mnie. Gdybym napisała to co czuję i myślę....
W szkole jest super! Uczymy się pisać i liczyć. A ja już umie. Czasem mam tylko kłopoty, gdy przychodzę do domu. Tata ogląda zeszyty i mu się tak podobają,że wyrywa kartki a ja znów muszę pisać, bo w zeszycie muszę mieć co pani kazała.
Czy tata nie może sobie sam napisać ?
-Znów kleks! a tu krzywo!
-Kleksy same się robią.Atrament sam kapie, ale zobacz jakie są ładne....a jak się przyciśnie drugą kartką, to się robią jeszcze ładniejsze!
Uczymy się pisać stalówkami . Na ławkach mamy kałamarze a w zeszytach bibułkę do kleksów.
Ja ciągle przepisuję te zeszyty. Czasem tata ma dosyć, bierze żyletkę i skrobie moje byki.Zawsze się denerwuje a ja płaczę.
Ale dziś było naprawdę super!
Pani kazała nam przynieść mydło, zapałki i papier kolorowy.
-Będziemy robić koszyczki dla mamy, na Dzień Mamy.
Pani nam objaśniła co i jak i zaczęliśmy.
Skrobaliśmy mydło, robiliśmy dziurki, wtykaliśmy zapałki, oklejaliśmy papierem.
Piotrek, to taki łobuz, podszedł do Eli i pociągnął ja za kucyka. On się kochał w Eli i wszyscy zaczęli krzyczeć:
-Panna z kawalerem, panna z kawalerem!
Ela się zdenerwowała i walnęła Piotrka pięścią w zęby.Wypadły mu na podłogę 2 zęby.Pozbierał je. Ela bała się,że poskarży pani ,ale on nic nie powiedział.
Mój koszyczek był śliczny.
Wpadłam do domu:
-Patrz mama, co mam dla Ciebie!
Mama podskoczyła:
-Mówiłam Ci tyle razy, nie hałasuj, bo Twoja siostra śpi!
-Ale patrz mamo co ja mam dla Ciebie!
-Dobrze już, umyj ręce.
-Ale mam dla Ciebie prezent!
-Dasz mi spokój?!-krzyknęła mama.
I tu przesadziła! Ja zrobiłam dla niej koszyczek na prezent, a ona krzyczy.Sama go zrobiłam....
I popłakałam sobie troszkę, po cichu.
-Czego ryczysz bekso?!-krzyknęła mama.
-Bo nawet nie zobaczyłaś mojego koszyczka...
Wieczorem, gdy poszłam się myc, na mydelniczce leżało moje mydło, tylko bez patyczków i papierków.
I zrobiło mi się smutno, strasznie smutno.
Jednak tak naprawdę mało w nim mnie. Gdybym napisała to co czuję i myślę....
W szkole jest super! Uczymy się pisać i liczyć. A ja już umie. Czasem mam tylko kłopoty, gdy przychodzę do domu. Tata ogląda zeszyty i mu się tak podobają,że wyrywa kartki a ja znów muszę pisać, bo w zeszycie muszę mieć co pani kazała.
Czy tata nie może sobie sam napisać ?
-Znów kleks! a tu krzywo!
-Kleksy same się robią.Atrament sam kapie, ale zobacz jakie są ładne....a jak się przyciśnie drugą kartką, to się robią jeszcze ładniejsze!
Uczymy się pisać stalówkami . Na ławkach mamy kałamarze a w zeszytach bibułkę do kleksów.
Ja ciągle przepisuję te zeszyty. Czasem tata ma dosyć, bierze żyletkę i skrobie moje byki.Zawsze się denerwuje a ja płaczę.
Ale dziś było naprawdę super!
Pani kazała nam przynieść mydło, zapałki i papier kolorowy.
-Będziemy robić koszyczki dla mamy, na Dzień Mamy.
Pani nam objaśniła co i jak i zaczęliśmy.
Skrobaliśmy mydło, robiliśmy dziurki, wtykaliśmy zapałki, oklejaliśmy papierem.
Piotrek, to taki łobuz, podszedł do Eli i pociągnął ja za kucyka. On się kochał w Eli i wszyscy zaczęli krzyczeć:
-Panna z kawalerem, panna z kawalerem!
Ela się zdenerwowała i walnęła Piotrka pięścią w zęby.Wypadły mu na podłogę 2 zęby.Pozbierał je. Ela bała się,że poskarży pani ,ale on nic nie powiedział.
Mój koszyczek był śliczny.
Wpadłam do domu:
-Patrz mama, co mam dla Ciebie!
Mama podskoczyła:
-Mówiłam Ci tyle razy, nie hałasuj, bo Twoja siostra śpi!
-Ale patrz mamo co ja mam dla Ciebie!
-Dobrze już, umyj ręce.
-Ale mam dla Ciebie prezent!
-Dasz mi spokój?!-krzyknęła mama.
I tu przesadziła! Ja zrobiłam dla niej koszyczek na prezent, a ona krzyczy.Sama go zrobiłam....
I popłakałam sobie troszkę, po cichu.
-Czego ryczysz bekso?!-krzyknęła mama.
-Bo nawet nie zobaczyłaś mojego koszyczka...
Wieczorem, gdy poszłam się myc, na mydelniczce leżało moje mydło, tylko bez patyczków i papierków.
I zrobiło mi się smutno, strasznie smutno.
środa, 6 maja 2009
Niezłomny upór/trudne przypadki.



Urodziłam się, bo nie miałam innego wyjścia. Urodziłam się nomen omen 22 lipca do tego w Oświęcimiu.Już sama data chyba była złą wróżbą dla moich rodziców.
Chyba dosyć szybko zostałam mianowana dziecięciem ruchliwym i nieokiełznanym.
Pierwsze przypadki, które pamiętam, w których zaznaczałam swoje JA, pochodzą z czasów gdy nosiłam jeszcze pieluchę. Był to upadek w jedyną kałużę w okolicy. Mam wcześniej ostrzegała, prosiła "daj rękę". Nie. "Ja sama". W najśliczniejszym płaszczyku (białym, z darów amerykańskich), w ślicznych trzewiczkach, wylądowałam w tym błotku. Już wtedy było wiadomo,że ja to JA.A miałam może z 1,5 roku.
Mieszkaliśmy w Suchej Beskidzkiej. Tata często w niedzielę zabierał mnie do kawiarni "Mimoza" na roladę z czerwonym oczkiem.Pamiętam desery ustawione w ladzie chłodniczej.Mogłam wybierać. Ja jednak zawsze zamawiałam roladę. Pieczołowicie wydłubywałam czerwone oczko i zjadałam je. Tata dostawał szału.
-Mogłem zamówić Ci galaretkę, miałabyś pucharek galaretki.
-Nie, ja lubię roladę.
Zawsze było tak samo.
Chyba już to powinno było zaniepokoić moich rodziców, ale ich to tylko denerwowało.Próbowali mnie złamać.
Przez Suchą Besk. przepływają dwie rzeki :Skawa i Stryszawka. Na tej drugiej porobione były progi, pewnie w celu regulacji. Nazywaliśmy taki próg wodospadem. Dla mnie to był wodospad.
Pewnego niedzielnego popołudnia moi rodzice, ja, babcia i znajoma wybraliśmy się nad rzekę, nad wodospad by urządzić piknik.Było lato,ciepło, słonko pięknie świeciło.
Byłam wówczas bąkiem może 4 letnim.
Koce rozłożone,wszyscy rozbierają się do strojów plażowych, dzieciarnia bryka w wodzie a ja NIC.
Mama namawia mnie bym rozebrała się i poszła do dzieci, do wody. Ja NIC.
Tata się zaangażował w rozebranie mnie.I tu spotkał gwałtowny opór.
-Nie!
-Rozbierz się,idź do dzieci.
-Nie!
-To chociaż się rozbierz, bo jest gorąco.
-Nie!
-Dlaczego?
-Bo nie mam stanika i będzie mi cycki widać!
Zobaczyć twarz ojca-bezcenne.
Gdyby nie wstawiennictwo babci,swoje mordercze myśli, ojciec by wdrożył w czyn.
Mama chyba poczuła się winna. Ona miała stanik a ja nie. Po tym incydencie uszyła mi dwuczęściowy strój kąpielowy.
I kto postawił na swoim? Ojciec mógł mnie zlać a i tak by mojego uporu nie złamał.
W Suchej Besk. mieszkałam do 5 roku życia.
Był to w miarę bezpieczny okres mojego życia, choć jako mały śpik znałam wszystkie okoliczne góry,lasy,mosty(łącznie z wiszącym) no i bunkry poniemieckie.Bawiliśmy się w nich w chowanego.Gdy w szkole średniej wróciłam do Suchej i spojrzałam na bunkry, struchlałam, a przejście przez most wiszący przyprawiło mnie o zawrót głowy.
To w Suchej B. moi rodzice hodowali pikną palmę z takimi liściami harmonijkowymi. Była siumna, urodna. Ja z tej palmy uczyniłam formę strzępiastą.Tak fajnie się targało te liście.
No i znów bliskie spotkanie trzeciego stopnia z paskiem.Ojciec zeźlił sie nie na zarty.
-Kto to zrobił?
-Nie ja.
-Kto to zrobił?
-Niuńka (moja koleżanka)
-Kto to zrobił.
-Niuńka.
Trochę to trwało, aż ojciec przestał i oświadczył,że dostałam lanie nie za palmę, ale za kłamstwo.
A juści uwierzę.
czwartek, 15 stycznia 2009
Pamięć ludzka.
Co pamietamy? Co pamiętamy z najmłodszych lat? Wydaje mi się że pamiętamy rzeczy, które nami wstrząsneły albo były miłe. Jednak z dzieciństwa mamy też dziwne, prozaiczne wspomnienia,nie wiedzieć czemu.
Co pamiętacie z najwcześniejszego dzieciństwa? Napiszcie. To ciekawe.
Moja siostra dziecięciem będąc 3 letnim, opowiadała nam, że pamięta jak była w brzuchu u mamy i widziała nas przez pępek (nas=jej siostry) i jak się urodziła to nas już znała.Śmiałyśmy się z jej dziecięcej fantazji. Potem okazało się,że dzieci w życiu płodowym odbierają bodźce zewnętrzne, słyszą hałas, rozróżniają nastroje mamy. Czy to później pamiętają? Chyba nie są świadome tego co pamiętają, bo ich świadomość ma inny poziom niż nasz.
Ale co pamiętamy? Wiele. Niektóre rzeczy...nie wiem czy są moim wspomnieniem czy wspomnieniem matki, bo gdy coś opowiada, sądzę że pamiętam to zdarzenie, a byłam malutka.
Niemniej jednak dziecięciem będąc jakimś 3 letnim....
Niedziela.Letni poranek. Mieszkamy w Suchej Beskidzkiej, przez którą płyną 2 rzeki.Jak tego nie wykorzystać???? Tata wymyślił,że idziemy nad rzekę poodpoczywać.Koce, jedzenie, mama babcia, znajoma....idziemy.
Zapowiadał się piękny dzień ale juz wtedy nade mną zaczęły się gromadzić gradowe chmury.
Pacholęciem byłam charakternym i upartym, więc szybko się okazało,że ten grad jednak spadnie.
Piknik się rozpoczyna, wszyscy się rozsiadają, w rzece pod "wodospadem" (czytaj: próg wodny) brzechtają się dzieci.
-Idź Kasiu do dzieci.
Ojciec zabiera się za rozbieranie mnie do rosołu . Natrafił na gwałtowny i głośny opór:
-Nie!!!!
Żyłka na skroni ojca zaczyna pulsować.
-To rozbierz się sama.
-Nie!
Żyłka coraz bardziej pulsuje a twarz taty robi się buraczkowa.
-Dlaczego nie chcesz się rozebrac? pójdziesz sobie do wody, do dzieci.
-Bo nie mam stanika i wszyscy zobaczą moje cycki.
Żyłka ojca pękła, grad sypnął z granatowych chmur.Mój tyłek ucierpiał.
Sukienka została na mnie. Mój upór zwyciężył.
Ciekawym jest jak zapamiętujemy. Te same zdarzenia zapamiętane przez 2 różne osoby, rożnią się,na czym innym kładą nacisk emocjonalny, co inne w danej historii jest przez nie uznawane za ważne.Inaczej postrzegamy też ludzi.
Ojciec nauczył nas (mnie i siostrę młodszą) ciosu samoobrony. Moja siorka niezwłocznie go wypróbowała na mnie.Ze śliwą pod okiem widziałam to zdarzenie jako cios wymierzony w moją dumę, ona to widzi do dziś jako zabawną historię.Jej było do śmiechu , mnie nie.
Co pamiętacie z najwcześniejszego dzieciństwa? Napiszcie. To ciekawe.
Moja siostra dziecięciem będąc 3 letnim, opowiadała nam, że pamięta jak była w brzuchu u mamy i widziała nas przez pępek (nas=jej siostry) i jak się urodziła to nas już znała.Śmiałyśmy się z jej dziecięcej fantazji. Potem okazało się,że dzieci w życiu płodowym odbierają bodźce zewnętrzne, słyszą hałas, rozróżniają nastroje mamy. Czy to później pamiętają? Chyba nie są świadome tego co pamiętają, bo ich świadomość ma inny poziom niż nasz.
Ale co pamiętamy? Wiele. Niektóre rzeczy...nie wiem czy są moim wspomnieniem czy wspomnieniem matki, bo gdy coś opowiada, sądzę że pamiętam to zdarzenie, a byłam malutka.
Niemniej jednak dziecięciem będąc jakimś 3 letnim....
Niedziela.Letni poranek. Mieszkamy w Suchej Beskidzkiej, przez którą płyną 2 rzeki.Jak tego nie wykorzystać???? Tata wymyślił,że idziemy nad rzekę poodpoczywać.Koce, jedzenie, mama babcia, znajoma....idziemy.
Zapowiadał się piękny dzień ale juz wtedy nade mną zaczęły się gromadzić gradowe chmury.
Pacholęciem byłam charakternym i upartym, więc szybko się okazało,że ten grad jednak spadnie.
Piknik się rozpoczyna, wszyscy się rozsiadają, w rzece pod "wodospadem" (czytaj: próg wodny) brzechtają się dzieci.
-Idź Kasiu do dzieci.
Ojciec zabiera się za rozbieranie mnie do rosołu . Natrafił na gwałtowny i głośny opór:
-Nie!!!!
Żyłka na skroni ojca zaczyna pulsować.
-To rozbierz się sama.
-Nie!
Żyłka coraz bardziej pulsuje a twarz taty robi się buraczkowa.
-Dlaczego nie chcesz się rozebrac? pójdziesz sobie do wody, do dzieci.
-Bo nie mam stanika i wszyscy zobaczą moje cycki.
Żyłka ojca pękła, grad sypnął z granatowych chmur.Mój tyłek ucierpiał.
Sukienka została na mnie. Mój upór zwyciężył.
Ciekawym jest jak zapamiętujemy. Te same zdarzenia zapamiętane przez 2 różne osoby, rożnią się,na czym innym kładą nacisk emocjonalny, co inne w danej historii jest przez nie uznawane za ważne.Inaczej postrzegamy też ludzi.
Ojciec nauczył nas (mnie i siostrę młodszą) ciosu samoobrony. Moja siorka niezwłocznie go wypróbowała na mnie.Ze śliwą pod okiem widziałam to zdarzenie jako cios wymierzony w moją dumę, ona to widzi do dziś jako zabawną historię.Jej było do śmiechu , mnie nie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)