
Gdy ojciec próbował zabić we mnie żyłkę hazardzisty, postanowił nauczyć mnie grać w szachy. Uznał,że gra królów może mieć tylko dobry wpływ na mnie.
Zaczynałam młodo.Poznałam ruchy pionów i tak z ojcem graliśmy.Zawsze wygrywał a ja byłam "szmaciarzem". Coś tam się pykało po tej szachownicy, ale bez namiętności.
W szkole średniej, nauczyłam grać moją kumpelę. Szybko uczeń przerósł mistrza (to niby ja). Jej umysł ścisły szybko zapamiętywał. Tak nie mogło być.
Wtedy jeszcze w dziennikach drukowali mistrzowskie partie szachowe.Zaczęłam od analizy tego.By być lepszą od niej i tyłek jej sklepać.Ponieważ była dobra i szybko się uczyła, musiałam sięgnąć po książki, potem po kolejne i kolejne.
Chodziłyśmy czasem na wagary, a jakże.
Wagary wyglądały tak,że zostawałyśmy w domu i od rana do wieczora grałyśmy w szachy. Kiedyś na wagary wybrała się z nami siostra kumpeli.
Wymiękła.Stwierdziła,że jesteśmy wariatki. Byłyśmy.
Wtedy pokochałyśmy szachy.
Nasza miłość do szachów rozkwitała. Ja w międzyczasie zaczęłam jeździć na zawody szachowe.Jakieś sukcesy miałam.
Chodziłam na treningi.
Wyobrażacie sobie treningi szachowe?
To kolejne książki do przerobienia, to symultany, to ekspresowe partie.Istne pranie mózgu.
Moja drużyna...składała się z autentycznych czubów.A zarazem geniuszy.
Ja odstawałam od tej grupy, ale byłam koniecznością, bo dziewczyna była obowiązkowa.
Pewnego dnia, gdy przyjechałam do domu od drzwi krzyczę:
-Ojciec rozstawiaj szachy!
-Ze "szmaciarzami" nie gram- on na to.
-Rozstawiaj, zaraz Ci dupsko sklepię.
Zagraliśmy. Pierwszy raz w życiu wygrałam.
Ojciec jakiś czas milczał nad szachownicą, po czym rzekł:
-Zwracam honor. Nie jesteś "szmaciarzem". Nigdy już z Tobą nie zagram.
Słowa dotrzymał.