Kiedyś naszedł mnie pomysł, by swoje panieńskie nazwisko wrzucić w google.Jest to rzadkie nazwisko, występujące tylko i wyłącznie u członków naszej, szeroko pojętej rodziny.
Google wyrzuciło co miało.
-Tego znam, tego znam, tego nie znam. O! moja siostra wywiadu udzieliła....a druga chodziła do szkoły....O! kuzyn gra w STALI Mielec...
I stało się. Mój wzrok zatrzymał się się na znajomym imieniu.
-O! mój wujcio! Morderca mojego smoczka i właściciel samolotów wiszących u powały z chałupy dziadka.
Udzielił wywiadu....
Nie zdziwiło mnie to, bo pamiętam,ze był działaczem SOLIDARNOŚCI w Zakładach Lotniczych. Dosyć aktywnym.
Klik.
Otwiera się.
No i oniemiałam.
Lokalna gazeta podaje: "Kolekcjoner śmieci"
59 letni Mielczanin (tu imię i nazwisko)latami znosił na podwórze odpady, by sprzedawać jako odpady wtórne.Uzbierał...150 ton.
Zwoził pralki, lodówki,stare meble żeby sprzedać i dorobić parę groszy.
Śmieciarka była u niego 105 razy.
Całe dwa tygodnie wywozili i trochę trzeciego.
No i wujcio miał żal,że tak z nim postąpili,że jeszcze go obciążyli kosztami.
Po artykule byłam w szoku. Toż to mój wujcio! Wujcio, który za kawalerki często nas odwiedzał,był właścicielem męskich gadżetów na miarę lat 70-tych, nieszczęsnych samolotów, które ostatecznie mi sprezentował.Chrzestny mojej siostry .Najmłodszy brat mojego taty!
Pamiętam jego bordowe spodnie-dzwony, buty a'la dzisiejsze Martensy na obcasach,jego koszule w stylu hipisowskim i długie włosy.
Dlaczego o tym piszę? Bo się wystraszyłam. Czy mnie też to grozi? Czy jestem obciążona genetycznie?
Mój tata też lubił przywlec do domu różne rupiecie w typie PRZYDASIĘ, ale lubił i cenił również starocie.
A ja? Ja nie pozwalam rodzinie wyrzucać butelek, pudełeczek,kokardek. Wszystko zbieram. Wszystkie te PRZYDASIĘ gromadzę, utykam po szafkach. Może nie ma tego 150 ton, może to nie rozkłada się....ale zbieractwo jest.
Czuję ogromny żal,że nie mam w zasięgu ręki jakiegoś starego strychu czy pchlego targu.
Czasem siostra zabiera mnie do INTREKOMISU w Siemianowicach Śl. w celu zaspokojenia mojej żądzy choćby pooglądania staroci.
Na nią też padło....
czwartek, 28 maja 2009
środa, 27 maja 2009
Poranne czytanie poczty.
Zwykle rano przeglądam zaprzyjaźnione blogi, przeglądam wiadomości i sprawdzam pocztę.
No i od samego rana podnoszą człowiekowi ciśnienie.Kawa jest w takim układzie zupełnie niepotrzebna.
Proponują mi pracę jako administrator stron internetowych, bo praca w administracji i administrowanie stron to to samo...koń by się uśmiał.
Następnie proponują abym spróbowała sił jako kierownik zespołu w Doradztwie Finansowym . Jednym słowem chcą akwizytora tylko to uładnili coby ludziska się nie wystraszyły.
Otwieram kolejną kopertę a w niej dobry człowiek chętnie mi poradzi jak zarabiać w internecie, na własnej stronie internetowej lub blogu. Za małą odpłatnością mi to poradzi.
Kolejny mail a w nim propozycja wzbogacenia się. No jak odrzucić bogactwo?Przecież to kretyństwo. Proponują to wzbogacenie bez ryzyka z mojej strony. Toż to prawdziwa okazja! Mam tylko obstawiać mecze u bukmachera.Rewelacja.
Zaraz potem Allegro i Quelle pokazuje mi na co wydać dopiero co zarobione pieniądze.Oferty są kuszące, bo specjalnie dla mnie są promocyjne.Jakaż ja jestem ważna!
Dumnie napinam pierś, bo serwis podatkowy mówi mi,że w zeszłym roku moje dochody drastycznie wzrosły i tak naprawdę ciągle rosną, wolniej ale rosną.
Cieszę się,że "żyje się nam coraz lepiej"wg Tuska.Zaglądam do portfela,aby potwierdzić, to co sugeruje mi serwis podatkowy, a tam zionie pustką.
Fajnie ma ten Tusk i jego ekipa.Żyje im się coraz lepiej, bo nie mnie.
Na koniec serwis z pracą pyta: Czy wiesz ile możesz zarobić na swoim stanowisku?
Wiem. 700 zł.
Dopięli swego. Wkurzyli mnie na maxa.
No i od samego rana podnoszą człowiekowi ciśnienie.Kawa jest w takim układzie zupełnie niepotrzebna.
Proponują mi pracę jako administrator stron internetowych, bo praca w administracji i administrowanie stron to to samo...koń by się uśmiał.
Następnie proponują abym spróbowała sił jako kierownik zespołu w Doradztwie Finansowym . Jednym słowem chcą akwizytora tylko to uładnili coby ludziska się nie wystraszyły.
Otwieram kolejną kopertę a w niej dobry człowiek chętnie mi poradzi jak zarabiać w internecie, na własnej stronie internetowej lub blogu. Za małą odpłatnością mi to poradzi.
Kolejny mail a w nim propozycja wzbogacenia się. No jak odrzucić bogactwo?Przecież to kretyństwo. Proponują to wzbogacenie bez ryzyka z mojej strony. Toż to prawdziwa okazja! Mam tylko obstawiać mecze u bukmachera.Rewelacja.
Zaraz potem Allegro i Quelle pokazuje mi na co wydać dopiero co zarobione pieniądze.Oferty są kuszące, bo specjalnie dla mnie są promocyjne.Jakaż ja jestem ważna!
Dumnie napinam pierś, bo serwis podatkowy mówi mi,że w zeszłym roku moje dochody drastycznie wzrosły i tak naprawdę ciągle rosną, wolniej ale rosną.
Cieszę się,że "żyje się nam coraz lepiej"wg Tuska.Zaglądam do portfela,aby potwierdzić, to co sugeruje mi serwis podatkowy, a tam zionie pustką.
Fajnie ma ten Tusk i jego ekipa.Żyje im się coraz lepiej, bo nie mnie.
Na koniec serwis z pracą pyta: Czy wiesz ile możesz zarobić na swoim stanowisku?
Wiem. 700 zł.
Dopięli swego. Wkurzyli mnie na maxa.
wtorek, 26 maja 2009
Marzenia o Afryce.




Zawsze marzyłam i marzę o wyprawie do Afryki.
Przygodę z Afryką rozpoczęłam czytając “Tomka na Czarnym Lądzie”, potem namiętnie czytałam wszelką literaturę podróżniczą i tak mam do dziś.
Nie muszą być to książki tylko o Afryce.
Niedawno czytając artykuł w Newsweeku, pomyślałam,że pomimo tego, że zdaję sobię sprawę jaka sytuacja ekonomiczna czy polityczna tam panuje, to ja wciąż myślę o Afryce dzikiej, którą odwiedzał Arkady Fiedler czy Tony Halik.
Myślę o Afryce oglądanej na National Geografic czy opiewanej przez Ernesta Hemingwaya w zbiorze reportaży „Zielone wzgórza Afryki” (1935) i w jego afrykańskich opowiadaniach ze „Śniegami Kilimandżaro” (1936).
Afryka wciąż jawi mi się jako kontynent egzotycznej sielanki i wielkiej przygody. Nie chcę pamiętać o Ruandzie i konflikcie etnicznym z 1994r , nie chcę pamiętać o Algerii i wojnie trwającej od 1992 w imię wartości religijnych. Nie chcę pamiętać o Erytreii I Etiopii(konflikt z 1998 o granice) oraz o wielkiej suszy(wojna i susza pochłonęła 8 milionów ludzi).
Takich konfliktów można wymienić jeszcze wiele.Ogólnie w Afryce panuje przemoc, głód i choroby. Społeczność międzynarodowa udaje, że tego nie widzi.
Liczne publikacje I programy tv przekonały już chyba wszystkich, że Afryka jest kolebką ludzkości, źródłem życia, jego mityczną matką. Historia człowieka zaczęła się w Afryce – w każdym razie tam znaleziono najstarsze ślady jego obecności i z tego kontynentu wyruszył homo sapiens na podbój kuli ziemskiej.
Zawsze czytałam książki o Afryce wysnute albo z nostalgii autorów, albo z ciekawości reporterów.
Zachwyciła mnie Afryka Karen Blixen z powieści i filmu „Pożegnanie z Afryką” . Ta duńska pisarka jeszcze krótko przed śmiercią, na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku, kiedy wspominała krwawe afrykańskie safari, mówiła, że były „jak powrót do szczęśliwych dni w edenie”. Porównywała też – w sposób mało zrozumiały dla dzisiejszego czytelnika – każde polowanie w Afryce do romansu.
Wtedy wszystko na tamtym kontynencie było jeszcze poukładane zgodnie z wolą białego człowieka. On zarządzał plantacjami, kopalniami atrakcyjnych surowców albo polował, a tubylcy wykonywali najcięższe prace, służyli mu i okazywali szacunek. I z reguły żyli w biedzie.
Taka Afryka – chcemy w to wierzyć – może być lekiem, choćby nawet mało skutecznym, na nasz strach codzienny. Dlatego wolimy wiedzieć jak najmniej o wszystkich niegodziwościach, jakie tam się działy i dzieją. Wolimy myśleć o Afryce, którą opisuje Paweł Wróbel Wróblewski w wydanej teraz opowieści o rowerowej podróży przez ten kontynent – „Do ciepłych krajów”. Jej autor przejechał 11 tysięcy kilometrów, pokonując zarówno Saharę, jak i lasy równikowe. Podróż, jaką odbył o własnych siłach polski podróżnik, jest znakomitą okazją do poznawania ludzi i ich losów, ale jeszcze lepiej tam pomieszkać. O tym, jak się tam żyje, kogo tam poznał i jak na co dzień smakuje egzotyka, opowiedział w książce „Afrykański polonez” (wchodzi właśnie do księgarń) Cyprian Kosiński, który przez blisko 30 lat kierował w Zairze fabryką tworzyw sztucznych, a potem firmą deweloperską w Kinszasie.
Europejczycy ciepło myślą o Afryce. Co odważniejsi spośród nich jadą tam szukać przygód lub pieniędzy, ale wiadomo, że mogą dostrzec tylko część prawdy o życiu tubylców. A może nawet wcale jej nie dostrzegają. Dla mitu matki Afryki to bardzo dobrze – europejska kultura się starzeje, a wiadomo od dawna, że starość ma skłonność do powrotu do korzeni. Jeśli więc powrót, to do krainy łagodnej i pięknej. Natomiast rdzenni mieszkańcy kontynentu specjalnie się nim nie zachwycają – wiadomo, to młoda odrośl kultury, a młodość ciekawa jest świata i nie ma szacunku dla matki. No i wyganiają ich z Afryki problemy, z którymi borykają się na co dzień, co widać przy brzegach Włoch każdego dnia, gdy ci ludzie na byle czym docierają do wymarzonego przez nich raju-Europy.
Polecam: www.afryka.org
Książki o Afryce: http://www.yahodeville.com/ksiazki/index.php
czwartek, 21 maja 2009
Moje miasto.
środa, 20 maja 2009
Ewolucja z przymrużeniem oka.

Telewizja Sky News pokazała zdjęcia liczącego 47 milionów lat szkieletu małpy, nazwanego już zaginionym ogniwem ludzkiej ewolucji, jako bezpośredni łącznik między małpami a ludźmi. Naukowcy mówią o "ósmym cudzie świata" i ostatecznym potwierdzeniu teorii ewolucji.
Artykuł tutaj.
To ma być podobno to zaginione ogniwo łączące człowieka z małpami.
Należymy do gatunku homo sapiens czyli człowiek rozumny. Nie ma więc tu mowy o mężczyznach. Zawsze uważałam, że tym ogniwem jest facet.
Kiedyś czytałam taki dowcip, udowadniający,że mężczyzna to nie homo sapiens. Leciał jakoś tak:
Bóg stworzył mężczyznę,który miał dwie ręce tułów, głowę i penisa, ale drugiego dnia postanowił dodać mu pewnego bonusa, rzekł:
-Mężczyzno, mam dla Ciebie jeszcze jeden organ, oprócz penisa! Będzie to MÓZG
Mężczyzna się wielce uradował, a Bóg rzecze dalej:
ale jest jedna lipa...w organiżmie jest zbyt mało krwi, by oba działały na raz.
Bóg podczas stwarzania świata tworzył istoty coraz doskonalsze. Kobieta była na końcu.Jest więc najlepszą wersją.
Glina była wystarczająca do uformowania mężczyzny,ale do stworzenia kobiety potrzebny był bardziej wyszukany materiał.
Aby uszczęśliwić kobietę trzba wiele, aby uszczęśliwić mężczyznę:
seksu i jedzenia.
Dwa zwierzęce instynkty.Świadczy to jak niedaleko mężczyzna odszedł od zwierząt.
To mężczyźni wymyślili Boga, aby potem móc się na niego powoływać w chwilach, gdy kobiety udowadniają swoją wyższość.
Owa wyższość kobiet jest świadectwem,że mężczyzna jest formą przejściową miedzy zwierzętami a kobietami.
Kobieta jest w stanie urodzić dziecko. A dzieworództwo jest możliwe, co udowadnia “Seksmisja”.
Po wynalezieniu otwieracza do słoików, krzesła do wkręcania żarówek i wibratora, mężczyzna powoli przestaje być kobietom potrzebny.
Mężczyzna jest w gruncie rzeczy bardzo prosty i NAPRAWDĘ WIELE MU DO SZCZĘŚCIA NIE POTRZEBA, a jego mechanizmy myślowe NIE SĄ CHOĆ W POŁOWIE TAK POGMATWANE JAK KOBIETY...
wtorek, 19 maja 2009
Wolbrom cd.
Wiele zapewne ominęłam i zapomniałam napisać.Sukcesywnie będę dopisywać swoje przygody a potem stworzę z tego książkę na miarę "Koszmarnego Karolka"
Rok 1980 nie kończy jeszcze moich ekscesów, mimo,że mam już prawie 13 lat.
Nowe miasto zaskoczyło mnie brzydotą a zarazem dało nowe możliwości (tutaj pojawia się na mojej twarzy wielki i dwuznaczny uśmiech).
Zabrało mi góry ale dało lodowisko, zabrało rzekę ale dało basen.
Co to w ogóle za miasto , co rzeki nie ma? Dla mnie ogromnie dziwne.
Ale jest lodowisko, którego nie trzeba samemu robić,jest basen, w którym nie ma prądów rzecznych...dziwne to jakieś.
Szybko zaznajomiłam się z dzieciarnią przywleczoną ze świata jak i ja i uruchomiłam łyżwy.Kiedy tylko było możliwe, chodziłam na lodowisko. Lodowisko okazało się ciut bezpieczniejsze od gór.Nie uzyskuje się tu na łyżwach takich prędkości.
Niemniej jednak przeżyłam nie jeden upadek, potłuczenie, wstrząśnienie.
Lodowisko znajduje się jakieś 3 km od mojego domu, więc z osiedlową dzieciarnią szybko adoptujemy bagna, znajdujące się nieopodal, na lodowisko.
Zimy solidne, ze srogimi mrozami gwarantowały jakie takie bezpieczeństwo.
Jakie takie , bo nie 100%. Wprawdzie nikt się nie utopił, ale zadarzało się ,że ktoś wpadał do tego mułu, wody, sadzy (wszystko razem). Byłam jedną z tych osób.
Spodnie do wyrzucenia. Łyżwy tata starał się uratować. Tego czegoś nie dało się usunąć z łyżew.Starł na ile mu się udało. Kolega ojca pracujący w garbarni nałożył nowy lakier.Łyżwy działały.
Latem łyżwy były zastępowane wrotkami.
Jazda na wrotkach to niebezpieczny sport, zwłaszcza z góry.
Wrotki szybko wypadły z mojego menu ,po tym jak pewna górka, wyłożona betonem mnie zaatakowała.Potargała rajstopy, podziurawiła kolana.
Jako dziecko byłam "ludziem" wywrotowym (przewracającym się bez powodu), jako nastolatka wciąż kultywowałam tę tradycję.Przewracałam się na wrotkach, na łyżwach, na rowerze, na komarku.
Latem atakowałam basen. Okazało się,że w basenie trzeba nieźle machać rękami by płynąć. W rzece nie było takich problemów (z prądem). No i stało się: o mało się nie utopiłam. Jakiś gość przepłynął po mnie (podeptał, przeszedł jak burza)i przytopił mnie. Od tego czasu pływam tylko przy brzegu.
W roku 1981 urodziła się moja najmłodsza siostra i zaraz niedługo nastały mroczne czasy, czasy stanu wojennego.
Rozpoczęła się walka o przetrwanie. Kolejki po chleb (po 5 h), załatwianie mleka dla małej siostry (na książeczkę dziecka można było kupić 0,5 l dziennie mleka), walki o mięso w masarni, kupowanie kawy czy rajstop po znajomości.
Przyszły czasy , w których ekspedientki miały władzę nad ludźmi.Stały się osobami pożądanymi w rodzinie, towarzystwie czy sąsiedztwie. Dobrze,że te czasy minęły. Bo to były chore czasy, bo panie ze sklepów się panoszyły, bo były Bogami. Straszne.
Miałam tu napisać o stanie wojennym, o tym co pamiętam, ale chyba nie chcę. Tylu ludzi ostatnio o tym mówi,że chyba moje wspomnienia nie są tu potrzebne.
Tym bardziej,że nawet w naszej dziurze odczuwało się strach. Tata pracował na Hucie Katowice a tam się wiele działo w owym czasie.
Miałam 13 lat. Pamiętam ZOMO, czołgi i ciężką zimę.
Nie było wesoło.
Rok 1980 nie kończy jeszcze moich ekscesów, mimo,że mam już prawie 13 lat.
Nowe miasto zaskoczyło mnie brzydotą a zarazem dało nowe możliwości (tutaj pojawia się na mojej twarzy wielki i dwuznaczny uśmiech).
Zabrało mi góry ale dało lodowisko, zabrało rzekę ale dało basen.
Co to w ogóle za miasto , co rzeki nie ma? Dla mnie ogromnie dziwne.
Ale jest lodowisko, którego nie trzeba samemu robić,jest basen, w którym nie ma prądów rzecznych...dziwne to jakieś.
Szybko zaznajomiłam się z dzieciarnią przywleczoną ze świata jak i ja i uruchomiłam łyżwy.Kiedy tylko było możliwe, chodziłam na lodowisko. Lodowisko okazało się ciut bezpieczniejsze od gór.Nie uzyskuje się tu na łyżwach takich prędkości.
Niemniej jednak przeżyłam nie jeden upadek, potłuczenie, wstrząśnienie.
Lodowisko znajduje się jakieś 3 km od mojego domu, więc z osiedlową dzieciarnią szybko adoptujemy bagna, znajdujące się nieopodal, na lodowisko.
Zimy solidne, ze srogimi mrozami gwarantowały jakie takie bezpieczeństwo.
Jakie takie , bo nie 100%. Wprawdzie nikt się nie utopił, ale zadarzało się ,że ktoś wpadał do tego mułu, wody, sadzy (wszystko razem). Byłam jedną z tych osób.
Spodnie do wyrzucenia. Łyżwy tata starał się uratować. Tego czegoś nie dało się usunąć z łyżew.Starł na ile mu się udało. Kolega ojca pracujący w garbarni nałożył nowy lakier.Łyżwy działały.
Latem łyżwy były zastępowane wrotkami.
Jazda na wrotkach to niebezpieczny sport, zwłaszcza z góry.
Wrotki szybko wypadły z mojego menu ,po tym jak pewna górka, wyłożona betonem mnie zaatakowała.Potargała rajstopy, podziurawiła kolana.
Jako dziecko byłam "ludziem" wywrotowym (przewracającym się bez powodu), jako nastolatka wciąż kultywowałam tę tradycję.Przewracałam się na wrotkach, na łyżwach, na rowerze, na komarku.
Latem atakowałam basen. Okazało się,że w basenie trzeba nieźle machać rękami by płynąć. W rzece nie było takich problemów (z prądem). No i stało się: o mało się nie utopiłam. Jakiś gość przepłynął po mnie (podeptał, przeszedł jak burza)i przytopił mnie. Od tego czasu pływam tylko przy brzegu.
W roku 1981 urodziła się moja najmłodsza siostra i zaraz niedługo nastały mroczne czasy, czasy stanu wojennego.
Rozpoczęła się walka o przetrwanie. Kolejki po chleb (po 5 h), załatwianie mleka dla małej siostry (na książeczkę dziecka można było kupić 0,5 l dziennie mleka), walki o mięso w masarni, kupowanie kawy czy rajstop po znajomości.
Przyszły czasy , w których ekspedientki miały władzę nad ludźmi.Stały się osobami pożądanymi w rodzinie, towarzystwie czy sąsiedztwie. Dobrze,że te czasy minęły. Bo to były chore czasy, bo panie ze sklepów się panoszyły, bo były Bogami. Straszne.
Miałam tu napisać o stanie wojennym, o tym co pamiętam, ale chyba nie chcę. Tylu ludzi ostatnio o tym mówi,że chyba moje wspomnienia nie są tu potrzebne.
Tym bardziej,że nawet w naszej dziurze odczuwało się strach. Tata pracował na Hucie Katowice a tam się wiele działo w owym czasie.
Miałam 13 lat. Pamiętam ZOMO, czołgi i ciężką zimę.
Nie było wesoło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

