No i zaczęło się....pierwsze zaliczenia i kolokwia. Zabawne ale mam "stresa".
Normalnie się denerwuję....Za tydzień kolejne kolokwia. Nie mam na nic czasu.
Kurcze, muszę się uczyć.
No i jeszcze pogoda ....dobiła drogowców w mojej mieścinie. Zaskoczyła ich zima jak nic. Zapomnieli odśnieżyć miasto.Na środku drogi stoją utopione w śniegu samochody i to w centrum pipidówy.
Za miastem nie lepiej.
Kiedyś była w gazecie mapa kolejności odśnieżania dróg w Małopolsce i drogi z Krakowa do Wolbromia na niej nie było.
Śmiałam się,że nie będzie odśnieżana...
Przedwczoraj do Krakowa (40 km) jechałam 3 godziny. Dziś 2,5 godziny.
Miałam rację: nie jest odśnieżana.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 grudnia 2010
niedziela, 7 listopada 2010
Sporty zimowe.Opowiastki drobne.
Miałam szczęście wychowywać się w małej mieścinie w Beskidach.
Moja wolność ograniczona była tylko nakazami rodzicielskimi. Jakieś zasady musiały obowiązywać.
Całe miasteczko było moim domem. I tak jak pisała Jaszczurka, wychowywali nas często różni ludzie, jednak nikt dzieci nie krzywdził. Było bezpiecznie.
Porą zimową, gdy tylko wracałam ze szkoły, wkładałam gruby sweter i szłam oddawać się rozpuście zimowych szaleństw.
W tej dziedzinie też były rzeczy niedozwolone.Kto by się tym przejmował.
No więc jeździliśmy na sankach po halach, bo przecież nie można po trasach wyznaczonych.Hale były często zakończone uskokiem (coś jak tarasy w Chinach).Więc jazda na sankach, była nie małym wyzwaniem. Do skutku.
Pewnego dnia tak mną dupnęło z ostatniej hali na ulicę,że chyba uszkodziłam kość ogonową. Ból niemiłosierny. Bolało parę lat. Matka o niczym nie wiedziała, bo było by trzepanie spodni.
Jazda na sankach nie mogła odbywać się w bezpiecznych warunkach...zawsze wynalazło się jakiś ciekawy zjazd. I tak chodziliśmy na szlak, który biegł równolegle do górskiego potoku. To była jazda. Tak kierować , by nie wpaść do wody.Oczywiście trzeba było jeszcze być specem od wyścigów.
Sporty zimowe umiłowałam sobie. Często jeździłam na łyżwach. Lodowisko dla dzieciarni robił pan palacz z kotłowni w ramach dobrego serca, ale to my potem musieliśmy o nie dbać.
Zanim jednak pan palacz zrobił lodowisko, bez zezwolenia rodziców chodziliśmy jeździć na rzekę.
Bystra, górska rzeka.Skawa. Jakiż człowiek był durny....Nie pamiętam wprawdzie by ktoś się utopił, ale jednak...
W dziedzinie sportów zimowych moi rodziciele, nie bardzo byli w stanie mnie kontrolować, bo kto by szedł w mróz i szukał dzieciaka wśród takiej zgrai dzieci i na tylu górkach? Nie mieliśmy smyczy zwanej komórką. I chwała Bogu.
Potem w liceum...było nie lepiej.Też chodziliśmy na sanki.Też szukaliśmy jak najbardziej ciekawych zjazdów i jak najbardziej ekstremalnych.
I tak właśnie zjeżdżałam z koleżanką z malowniczo położonego stoku Makowskiej Góry, gdy nasz droga zjazdu gwałtownie skręciła a na zakręcie stała Syrenka.
Przychrzaniłyśmy tak mocno,że aż mi się w głowie zakręciło. Dostałam opieprz od koleżanki,że mówiłam,że umie dobrze kierować sankami.Przecież umie....
Szybko odjechałyśmy z miejsca przestępstwa.Bardzo szybko. Tak szybko,że nie wyrobiłam na kolejnym zakręcie. Wylądowałyśmy w śniegu na miedzy z sankami na plecach i brakiem oddechu.Myślałam,że umarłam.
Potrwało zanim się zebrałyśmy.
Koleżanka więcej już ze mną nie chciała jeździć na sankach.
Często z takich eskapad wracałam do domu zamarznięta. Dosłownie.
By odsznurować buty, musiały sznurówki odtajeć, by zdjąć spodnie trzeba było poczekać,aż zmiękną, a rękawiczki....
Moja wolność ograniczona była tylko nakazami rodzicielskimi. Jakieś zasady musiały obowiązywać.
Całe miasteczko było moim domem. I tak jak pisała Jaszczurka, wychowywali nas często różni ludzie, jednak nikt dzieci nie krzywdził. Było bezpiecznie.
Porą zimową, gdy tylko wracałam ze szkoły, wkładałam gruby sweter i szłam oddawać się rozpuście zimowych szaleństw.
W tej dziedzinie też były rzeczy niedozwolone.Kto by się tym przejmował.
No więc jeździliśmy na sankach po halach, bo przecież nie można po trasach wyznaczonych.Hale były często zakończone uskokiem (coś jak tarasy w Chinach).Więc jazda na sankach, była nie małym wyzwaniem. Do skutku.
Pewnego dnia tak mną dupnęło z ostatniej hali na ulicę,że chyba uszkodziłam kość ogonową. Ból niemiłosierny. Bolało parę lat. Matka o niczym nie wiedziała, bo było by trzepanie spodni.
Jazda na sankach nie mogła odbywać się w bezpiecznych warunkach...zawsze wynalazło się jakiś ciekawy zjazd. I tak chodziliśmy na szlak, który biegł równolegle do górskiego potoku. To była jazda. Tak kierować , by nie wpaść do wody.Oczywiście trzeba było jeszcze być specem od wyścigów.
Sporty zimowe umiłowałam sobie. Często jeździłam na łyżwach. Lodowisko dla dzieciarni robił pan palacz z kotłowni w ramach dobrego serca, ale to my potem musieliśmy o nie dbać.
Zanim jednak pan palacz zrobił lodowisko, bez zezwolenia rodziców chodziliśmy jeździć na rzekę.
Bystra, górska rzeka.Skawa. Jakiż człowiek był durny....Nie pamiętam wprawdzie by ktoś się utopił, ale jednak...
W dziedzinie sportów zimowych moi rodziciele, nie bardzo byli w stanie mnie kontrolować, bo kto by szedł w mróz i szukał dzieciaka wśród takiej zgrai dzieci i na tylu górkach? Nie mieliśmy smyczy zwanej komórką. I chwała Bogu.
Potem w liceum...było nie lepiej.Też chodziliśmy na sanki.Też szukaliśmy jak najbardziej ciekawych zjazdów i jak najbardziej ekstremalnych.
I tak właśnie zjeżdżałam z koleżanką z malowniczo położonego stoku Makowskiej Góry, gdy nasz droga zjazdu gwałtownie skręciła a na zakręcie stała Syrenka.
Przychrzaniłyśmy tak mocno,że aż mi się w głowie zakręciło. Dostałam opieprz od koleżanki,że mówiłam,że umie dobrze kierować sankami.Przecież umie....
Szybko odjechałyśmy z miejsca przestępstwa.Bardzo szybko. Tak szybko,że nie wyrobiłam na kolejnym zakręcie. Wylądowałyśmy w śniegu na miedzy z sankami na plecach i brakiem oddechu.Myślałam,że umarłam.
Potrwało zanim się zebrałyśmy.
Koleżanka więcej już ze mną nie chciała jeździć na sankach.
Często z takich eskapad wracałam do domu zamarznięta. Dosłownie.
By odsznurować buty, musiały sznurówki odtajeć, by zdjąć spodnie trzeba było poczekać,aż zmiękną, a rękawiczki....
piątek, 5 marca 2010
Śnieg.
Poranek przywitał mnie zupełnie świeżym ,białym puchem.Pomyślałam,że to aniołki robią porządki i wymiatają resztki...a tu gucio. Mróz siarczysty i upragnionej wiosny nie widać. Szybko przejrzałam portale pogodowe i na nich też milczą o wiośnie. Jedyna nadzieja w wiośnie kalendarzowej.Ona przyjdzie.
Kiedyś ,drzewiej, dawno temu taka pogoda była dla mnie frajdą, ale to było w zamierzchłej epoce.Uprawiałam wtedy sporty zimowe ekstremalne i zima to był raj.
dziś jestem zwierzęciem ciepłolubnym i zima mnie męczy.
Pamiętam jak dawno, dawno temu po srogiej zimie przychodziła wiosna.Ciekło z dachów, kra na rzece pękała (i to było w miasteczku słychać),spod śniegu wychodziły przebiśniegi.Było mokro ale słonko dawało nadzieję.
Teraz nie bardzo wiadomo kiedy która pora roku się zaczyna a która kończy.
Kiedyś ,drzewiej, dawno temu taka pogoda była dla mnie frajdą, ale to było w zamierzchłej epoce.Uprawiałam wtedy sporty zimowe ekstremalne i zima to był raj.
dziś jestem zwierzęciem ciepłolubnym i zima mnie męczy.
Pamiętam jak dawno, dawno temu po srogiej zimie przychodziła wiosna.Ciekło z dachów, kra na rzece pękała (i to było w miasteczku słychać),spod śniegu wychodziły przebiśniegi.Było mokro ale słonko dawało nadzieję.
Teraz nie bardzo wiadomo kiedy która pora roku się zaczyna a która kończy.
środa, 20 stycznia 2010
Strefa mroku.
U mnie w Wolbromiu prąd jest.Wszystkie okoliczne wsie go nie mają już 11 dobę i brak nadziei.Komunikaty naszego Sztabu Kryzysowego nie napawają nadzieją.
Gdy jadę do pracy w polach widzę połamane słupy i nic się nie dzieje.Podobno energetycy non stop starają się przywrócić prąd.Chyba powinniśmy im wytoczyć procesy o straty moralne i jakies tam jeszcze.Oni chętnie naliczają nam odsetki choćby za jeden dzień opóźnienia w zapłacie rachunku.
Mało tego, podobno nasz pomysłowy Urząd Skarbowy wyruszył na łowy do wiosek bez prądu, bo jeśli nie ma prądu to i kasy fiskalne nie działają...więc jak sklepikarze po pipidówkach mogą chleb sprzedawać? A fe!Nie ładnie.Po lapach ich.Oszuci jedni!
Powiedzcie czy to nie chory kraj?
Gdy jadę do pracy w polach widzę połamane słupy i nic się nie dzieje.Podobno energetycy non stop starają się przywrócić prąd.Chyba powinniśmy im wytoczyć procesy o straty moralne i jakies tam jeszcze.Oni chętnie naliczają nam odsetki choćby za jeden dzień opóźnienia w zapłacie rachunku.
Mało tego, podobno nasz pomysłowy Urząd Skarbowy wyruszył na łowy do wiosek bez prądu, bo jeśli nie ma prądu to i kasy fiskalne nie działają...więc jak sklepikarze po pipidówkach mogą chleb sprzedawać? A fe!Nie ładnie.Po lapach ich.Oszuci jedni!
Powiedzcie czy to nie chory kraj?
sobota, 19 grudnia 2009
Zima.
Dziś rano (godz. 5.10) śnieg posypany był diamentami. Skrzyły się pięknie na śniegu w świetle latarni. Prosiły się by je pozbierać.
Jednak nie mam czym. Wczoraj poszłam na targ (Wolbromskie Złote Tarasy) i najpierw zamarzły a potem odpadły mi wszystkie członki. Mój wielki nos też. Tym sposobem minęła mnie jedna operacja plastyczna.
Tragiczny to widok jak członki odpadają.Stałam w kącie i tajałam a one pstryk, pstryk...i odpadły.
Muszę stwierdzić,że jestem nieodporna na zimno. Człowiek już odwykł od zimna a i odzież ( w tym buty) też są inne. Gorsze.
Kiedyś przy 25 stopniowym mrozie darłam na Babią Górę a dziś...
Jeszcze trochę, byle do emerytury a potem Kanary jak obiecywały OFE.
Jednak nie mam czym. Wczoraj poszłam na targ (Wolbromskie Złote Tarasy) i najpierw zamarzły a potem odpadły mi wszystkie członki. Mój wielki nos też. Tym sposobem minęła mnie jedna operacja plastyczna.
Tragiczny to widok jak członki odpadają.Stałam w kącie i tajałam a one pstryk, pstryk...i odpadły.
Muszę stwierdzić,że jestem nieodporna na zimno. Człowiek już odwykł od zimna a i odzież ( w tym buty) też są inne. Gorsze.
Kiedyś przy 25 stopniowym mrozie darłam na Babią Górę a dziś...
Jeszcze trochę, byle do emerytury a potem Kanary jak obiecywały OFE.
Subskrybuj:
Posty (Atom)