Szef wezwał swoich pracowników na rozmowę. Rozmawia z każdym z osobna.Wiadomo , w kupie siła...a osobno to już inna sprawa.
-Chciałem panią przeprosić – powiedział szef.
- Ale… - chciała coś powiedzieć Sister.
- Niech pani nic nie mówi, wszystko sobie przemyślałem – podniósł rękę szef.
- Ale…
- Nie, nie, ta permanentna inwigilacja, ten obrzydliwy monitoring, to niedowierzanie pracownikom, ech…
- Ale…
- Od dziś będzie inaczej. W końcu kurde jestem szefem, nie policjantem .
- Ale…
- Żadne ale, od dziś mnie nie interesuje, że służbowym autem jeździ pani w weekendy na zakupy do Macro (na służbową kartę) – szef puknął w wydruk z monitoringu GPS, po cholerę mi to wiedzieć. Dostanie pani ryczałt kilometrów w tygodniu do wyjeżdżenia, w piątek wieczorem spisze Pani licznik, prześle wskazania mailem.W poniedziałek rano to samo. A w weekendy hulaj dusza...prywatnym, gdzie pani chce i jak chce.
- Ale…
- Służbową komórkę też pani zabiorę, bo to uwłacza i panu i mnie. Co mnie interesuje, że wydzwoniła pani dwadzieścia pięć złotych, z abonamentu firmy? Zbiednieję, czy co?
- Ale….
- Efekt końcowy się liczy, a nie bilingi.A pani efekt jest wyśmienity.Dawno nikt nie wypracował takiego obrotu. Dam pani ryczałt na prywatną komórką i dzwoń pani do kogo chcesz.
- Ale…
- Żadne ale, ja teraz widzę ile krzywdy wam zrobiłem. Te programy szpiegujące w komputerach na przykład – szef wykrzywił się z obrzydzeniem.
- Ale…
- I co mi z wiedzy, że pan Heniek lubi www.panienki.com a pani była w ostatnim tygodniu dwieście razy na Facebooku? Po co mi to wiedzieć, jak robota zrobiona? No po co?
- Ale…
- Tylko niech pani nie protestuje. Boże, jaki ja byłem zakłamany – załkał szef – Ja nawet sam przez chwilę myślałem, że ta fura i komóra służbowa to prestiż, dodatkowe wynagrodzenie dla pani, przywilej...
- Ale…
- No albo delegacje...istna papieromania. Po co to komu. Szarpać się o parę złotych. Nocleg? Przecież woli pani szybko znów być w swoim przytulnym domku, to szybciutko pani wróci z delegacji...Nie wolno mi wyrywać pani z domowych pieleszy i burzyć życie rodzinne.
- Ale…
***
- I coś więcej zdążyłaś powiedzieć? – zapytałam.
- Nic. Na początku mnie zatkało a potem nie zdążyłam – Sister wybuchnęła płaczem.
- Tak, czy siak, ludzki pan z tego twojego szefa – pokiwałam głową.
- Pięć dych ryczałtu na komórkę wydaję tylko na jego „ pani do mnie oddzwoni za pięć minut, jest sprawa”. - wybuchnęła Sister- przecież swoją robotę i tak muszę zrobić. Z delegacji wracam po nocy i usypiam za kierownicą.Życie rodzinne cierpi bo jestem wkurzona i się wyżywam w domu.A relacje z klientami mam nawiązywać po 16.00 jednocześnie pytając szefa czy mogę mu herbatę postawić na koszt firmy.
- Ale za to jesteś wolnym człowiekiem, a te niebieskie kołnierzyki w swoich służbowych klatkach służą bezwolnie międzynarodowym korporacjom, godząc się na stałe podglądanie .Albo ja- ja mam gorzej...wchodzę do firmy,odbijam kartę elektroniczną...
- Ale…
- Nic nie mów, wiesz ilu ludzi ci zazdrości? Po prostu, wypijmy za wolność. Wolny człowiek stawia.
-Wyraz twarzy Sister i jej koloryt- bezcenny.
środa, 24 listopada 2010
wtorek, 9 listopada 2010
Szachy.Opowieści drobne.

Gdy ojciec próbował zabić we mnie żyłkę hazardzisty, postanowił nauczyć mnie grać w szachy. Uznał,że gra królów może mieć tylko dobry wpływ na mnie.
Zaczynałam młodo.Poznałam ruchy pionów i tak z ojcem graliśmy.Zawsze wygrywał a ja byłam "szmaciarzem". Coś tam się pykało po tej szachownicy, ale bez namiętności.
W szkole średniej, nauczyłam grać moją kumpelę. Szybko uczeń przerósł mistrza (to niby ja). Jej umysł ścisły szybko zapamiętywał. Tak nie mogło być.
Wtedy jeszcze w dziennikach drukowali mistrzowskie partie szachowe.Zaczęłam od analizy tego.By być lepszą od niej i tyłek jej sklepać.Ponieważ była dobra i szybko się uczyła, musiałam sięgnąć po książki, potem po kolejne i kolejne.
Chodziłyśmy czasem na wagary, a jakże.
Wagary wyglądały tak,że zostawałyśmy w domu i od rana do wieczora grałyśmy w szachy. Kiedyś na wagary wybrała się z nami siostra kumpeli.
Wymiękła.Stwierdziła,że jesteśmy wariatki. Byłyśmy.
Wtedy pokochałyśmy szachy.
Nasza miłość do szachów rozkwitała. Ja w międzyczasie zaczęłam jeździć na zawody szachowe.Jakieś sukcesy miałam.
Chodziłam na treningi.
Wyobrażacie sobie treningi szachowe?
To kolejne książki do przerobienia, to symultany, to ekspresowe partie.Istne pranie mózgu.
Moja drużyna...składała się z autentycznych czubów.A zarazem geniuszy.
Ja odstawałam od tej grupy, ale byłam koniecznością, bo dziewczyna była obowiązkowa.
Pewnego dnia, gdy przyjechałam do domu od drzwi krzyczę:
-Ojciec rozstawiaj szachy!
-Ze "szmaciarzami" nie gram- on na to.
-Rozstawiaj, zaraz Ci dupsko sklepię.
Zagraliśmy. Pierwszy raz w życiu wygrałam.
Ojciec jakiś czas milczał nad szachownicą, po czym rzekł:
-Zwracam honor. Nie jesteś "szmaciarzem". Nigdy już z Tobą nie zagram.
Słowa dotrzymał.
niedziela, 7 listopada 2010
Sporty zimowe.Opowiastki drobne.
Miałam szczęście wychowywać się w małej mieścinie w Beskidach.
Moja wolność ograniczona była tylko nakazami rodzicielskimi. Jakieś zasady musiały obowiązywać.
Całe miasteczko było moim domem. I tak jak pisała Jaszczurka, wychowywali nas często różni ludzie, jednak nikt dzieci nie krzywdził. Było bezpiecznie.
Porą zimową, gdy tylko wracałam ze szkoły, wkładałam gruby sweter i szłam oddawać się rozpuście zimowych szaleństw.
W tej dziedzinie też były rzeczy niedozwolone.Kto by się tym przejmował.
No więc jeździliśmy na sankach po halach, bo przecież nie można po trasach wyznaczonych.Hale były często zakończone uskokiem (coś jak tarasy w Chinach).Więc jazda na sankach, była nie małym wyzwaniem. Do skutku.
Pewnego dnia tak mną dupnęło z ostatniej hali na ulicę,że chyba uszkodziłam kość ogonową. Ból niemiłosierny. Bolało parę lat. Matka o niczym nie wiedziała, bo było by trzepanie spodni.
Jazda na sankach nie mogła odbywać się w bezpiecznych warunkach...zawsze wynalazło się jakiś ciekawy zjazd. I tak chodziliśmy na szlak, który biegł równolegle do górskiego potoku. To była jazda. Tak kierować , by nie wpaść do wody.Oczywiście trzeba było jeszcze być specem od wyścigów.
Sporty zimowe umiłowałam sobie. Często jeździłam na łyżwach. Lodowisko dla dzieciarni robił pan palacz z kotłowni w ramach dobrego serca, ale to my potem musieliśmy o nie dbać.
Zanim jednak pan palacz zrobił lodowisko, bez zezwolenia rodziców chodziliśmy jeździć na rzekę.
Bystra, górska rzeka.Skawa. Jakiż człowiek był durny....Nie pamiętam wprawdzie by ktoś się utopił, ale jednak...
W dziedzinie sportów zimowych moi rodziciele, nie bardzo byli w stanie mnie kontrolować, bo kto by szedł w mróz i szukał dzieciaka wśród takiej zgrai dzieci i na tylu górkach? Nie mieliśmy smyczy zwanej komórką. I chwała Bogu.
Potem w liceum...było nie lepiej.Też chodziliśmy na sanki.Też szukaliśmy jak najbardziej ciekawych zjazdów i jak najbardziej ekstremalnych.
I tak właśnie zjeżdżałam z koleżanką z malowniczo położonego stoku Makowskiej Góry, gdy nasz droga zjazdu gwałtownie skręciła a na zakręcie stała Syrenka.
Przychrzaniłyśmy tak mocno,że aż mi się w głowie zakręciło. Dostałam opieprz od koleżanki,że mówiłam,że umie dobrze kierować sankami.Przecież umie....
Szybko odjechałyśmy z miejsca przestępstwa.Bardzo szybko. Tak szybko,że nie wyrobiłam na kolejnym zakręcie. Wylądowałyśmy w śniegu na miedzy z sankami na plecach i brakiem oddechu.Myślałam,że umarłam.
Potrwało zanim się zebrałyśmy.
Koleżanka więcej już ze mną nie chciała jeździć na sankach.
Często z takich eskapad wracałam do domu zamarznięta. Dosłownie.
By odsznurować buty, musiały sznurówki odtajeć, by zdjąć spodnie trzeba było poczekać,aż zmiękną, a rękawiczki....
Moja wolność ograniczona była tylko nakazami rodzicielskimi. Jakieś zasady musiały obowiązywać.
Całe miasteczko było moim domem. I tak jak pisała Jaszczurka, wychowywali nas często różni ludzie, jednak nikt dzieci nie krzywdził. Było bezpiecznie.
Porą zimową, gdy tylko wracałam ze szkoły, wkładałam gruby sweter i szłam oddawać się rozpuście zimowych szaleństw.
W tej dziedzinie też były rzeczy niedozwolone.Kto by się tym przejmował.
No więc jeździliśmy na sankach po halach, bo przecież nie można po trasach wyznaczonych.Hale były często zakończone uskokiem (coś jak tarasy w Chinach).Więc jazda na sankach, była nie małym wyzwaniem. Do skutku.
Pewnego dnia tak mną dupnęło z ostatniej hali na ulicę,że chyba uszkodziłam kość ogonową. Ból niemiłosierny. Bolało parę lat. Matka o niczym nie wiedziała, bo było by trzepanie spodni.
Jazda na sankach nie mogła odbywać się w bezpiecznych warunkach...zawsze wynalazło się jakiś ciekawy zjazd. I tak chodziliśmy na szlak, który biegł równolegle do górskiego potoku. To była jazda. Tak kierować , by nie wpaść do wody.Oczywiście trzeba było jeszcze być specem od wyścigów.
Sporty zimowe umiłowałam sobie. Często jeździłam na łyżwach. Lodowisko dla dzieciarni robił pan palacz z kotłowni w ramach dobrego serca, ale to my potem musieliśmy o nie dbać.
Zanim jednak pan palacz zrobił lodowisko, bez zezwolenia rodziców chodziliśmy jeździć na rzekę.
Bystra, górska rzeka.Skawa. Jakiż człowiek był durny....Nie pamiętam wprawdzie by ktoś się utopił, ale jednak...
W dziedzinie sportów zimowych moi rodziciele, nie bardzo byli w stanie mnie kontrolować, bo kto by szedł w mróz i szukał dzieciaka wśród takiej zgrai dzieci i na tylu górkach? Nie mieliśmy smyczy zwanej komórką. I chwała Bogu.
Potem w liceum...było nie lepiej.Też chodziliśmy na sanki.Też szukaliśmy jak najbardziej ciekawych zjazdów i jak najbardziej ekstremalnych.
I tak właśnie zjeżdżałam z koleżanką z malowniczo położonego stoku Makowskiej Góry, gdy nasz droga zjazdu gwałtownie skręciła a na zakręcie stała Syrenka.
Przychrzaniłyśmy tak mocno,że aż mi się w głowie zakręciło. Dostałam opieprz od koleżanki,że mówiłam,że umie dobrze kierować sankami.Przecież umie....
Szybko odjechałyśmy z miejsca przestępstwa.Bardzo szybko. Tak szybko,że nie wyrobiłam na kolejnym zakręcie. Wylądowałyśmy w śniegu na miedzy z sankami na plecach i brakiem oddechu.Myślałam,że umarłam.
Potrwało zanim się zebrałyśmy.
Koleżanka więcej już ze mną nie chciała jeździć na sankach.
Często z takich eskapad wracałam do domu zamarznięta. Dosłownie.
By odsznurować buty, musiały sznurówki odtajeć, by zdjąć spodnie trzeba było poczekać,aż zmiękną, a rękawiczki....
piątek, 5 listopada 2010
Prąd. Opowiastki drobne.
Nauczeni doświadczeniem z "nocnym moczeniem" łóżka , nie zostawiali mnie już samej. Zatrudniali babcie do pilnowania.
Pamiętam takie zdarzenie: Ja anioł piwnooki o blond lokach bawię się na rozłożonej wersalce.Mam zabawki. Na brzegu wersalki siedzi babcia i mnie pilnuje. Robi sobie na drutach i rzuca okiem na mnie.
Ja, słodkie dziecko, grzecznie się bawię. W pewnym momencie zaintrygowało mnie pewne urządzenie na ścianie. Gniazdko.
Próbuję wsadzić palce.Nie mieszczą się. Kombinuję co by tu wepchnąć. Wsuwka do włosów!
Wkładam.
Efekt piorunujący, odrzut nieziemski. Babcia w panice.
Gdy babcia opowiada to ojcu, on tylko kiwa głową. Nie ma sposobu na mnie bym coś nie zmalowała pomiędzy jednym mrugnięciem oka a drugim.
Moje doświadczenia z prądem w szkole średniej przybrały bardziej skomplikowanych form.
Wieczorkiem ( chyba w piątki) siedziało się przy radiu i słuchało "listy przebojów trójki". Czasem się nagrywało na Grundinga czy Kasprzaka. Nagle coś strzeliło i zgasł prąd w całym mieszkaniu. Okazało że kabelek od radia mi się przepalił i zrobił zwarcie.
Ojciec przyniósł nową wtyczkę, nożyk i izolacje: Napraw.
No to naprawiłam. Wkładam wtyczkę do gniazdka. Efekt piorunujący, odrzut nieziemski. Wokół smród palonego mięsa.
Ojciec wpada do pokoju: Żyjesz? To napraw to porządnie. :-)
Naprawiłam. Już nie podłączę nigdy uziemienia do fazy, już nie pomylę kabelków.
Pamiętam takie zdarzenie: Ja anioł piwnooki o blond lokach bawię się na rozłożonej wersalce.Mam zabawki. Na brzegu wersalki siedzi babcia i mnie pilnuje. Robi sobie na drutach i rzuca okiem na mnie.
Ja, słodkie dziecko, grzecznie się bawię. W pewnym momencie zaintrygowało mnie pewne urządzenie na ścianie. Gniazdko.
Próbuję wsadzić palce.Nie mieszczą się. Kombinuję co by tu wepchnąć. Wsuwka do włosów!
Wkładam.
Efekt piorunujący, odrzut nieziemski. Babcia w panice.
Gdy babcia opowiada to ojcu, on tylko kiwa głową. Nie ma sposobu na mnie bym coś nie zmalowała pomiędzy jednym mrugnięciem oka a drugim.
Moje doświadczenia z prądem w szkole średniej przybrały bardziej skomplikowanych form.
Wieczorkiem ( chyba w piątki) siedziało się przy radiu i słuchało "listy przebojów trójki". Czasem się nagrywało na Grundinga czy Kasprzaka. Nagle coś strzeliło i zgasł prąd w całym mieszkaniu. Okazało że kabelek od radia mi się przepalił i zrobił zwarcie.
Ojciec przyniósł nową wtyczkę, nożyk i izolacje: Napraw.
No to naprawiłam. Wkładam wtyczkę do gniazdka. Efekt piorunujący, odrzut nieziemski. Wokół smród palonego mięsa.
Ojciec wpada do pokoju: Żyjesz? To napraw to porządnie. :-)
Naprawiłam. Już nie podłączę nigdy uziemienia do fazy, już nie pomylę kabelków.
środa, 3 listopada 2010
Wyjście do kina.Opowiastki drobne.
Dziecięciem byłam ślicznym aczkolwiek upartym. Pomysłowym również.
I chyba dosyć pamiętliwym, bo do dziś pamiętam jak rodzice wybrali się do kina beze mnie. Byłam dziecięciem może 3 letnim.
Wszystko mi wytłumaczyli: idziemy do kina, zostajesz sama w domu. Idziesz spać. Tu masz nocnik, światło będzie włączone.
Ok. Zgodziłam się na wszystko, bo miałam pokazać swoje bohaterstwo.
Ja do spania a oni sobie poszli.
Do dziś pamiętam,że zbudził mnie mocz. Światło się świeciło a nocnik czekał.
Jak to? Nikt mnie nie wysadzi?!
Szybko zdecydowałam,że boję się chodzić po podłodze, bo może pod łóżkiem są boboki?
Przeszłam z łóżeczka na łóżko rodziców i wysikałam się. Potem wróciłam do siebie i poszłam spać.
Chyba im się to nie spodobało, bo pamiętam przez sen, ruch, zamieszanie i zdziwienie gdy wrócili do domu.
Ojciec tylko się śmiał i śmiał.
Na drugi dzień nawet nie okrzyczeli mnie, nie zwrócili uwagi. Przemilczeli temat.Uznali pewnie,że im się należało.
W każdym razie długo już nie zostawili mnie samej.
I chyba dosyć pamiętliwym, bo do dziś pamiętam jak rodzice wybrali się do kina beze mnie. Byłam dziecięciem może 3 letnim.
Wszystko mi wytłumaczyli: idziemy do kina, zostajesz sama w domu. Idziesz spać. Tu masz nocnik, światło będzie włączone.
Ok. Zgodziłam się na wszystko, bo miałam pokazać swoje bohaterstwo.
Ja do spania a oni sobie poszli.
Do dziś pamiętam,że zbudził mnie mocz. Światło się świeciło a nocnik czekał.
Jak to? Nikt mnie nie wysadzi?!
Szybko zdecydowałam,że boję się chodzić po podłodze, bo może pod łóżkiem są boboki?
Przeszłam z łóżeczka na łóżko rodziców i wysikałam się. Potem wróciłam do siebie i poszłam spać.
Chyba im się to nie spodobało, bo pamiętam przez sen, ruch, zamieszanie i zdziwienie gdy wrócili do domu.
Ojciec tylko się śmiał i śmiał.
Na drugi dzień nawet nie okrzyczeli mnie, nie zwrócili uwagi. Przemilczeli temat.Uznali pewnie,że im się należało.
W każdym razie długo już nie zostawili mnie samej.
czwartek, 28 października 2010
My, dzieci tamtych rodziców.
Tekst doskonały made by Jaszczurka http://www.eioba.pl/a134371/my_dzieci_tamtych_rodzic_w
Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach
małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który
psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My
nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej
niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią
nasze szalone lata 80.:
•Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w
naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i
odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę.
Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy
zasad BHZ (Bezpieczeństwo Higieny Zabaw).
•Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy
opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od
zerówki.
• Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się
spociliśmy.
•Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek,
herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas
zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał
szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził
babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
•Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które
wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy
się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
•Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad
nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach
wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
•Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w
podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie
muszą do niej wracać.
•Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie
utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby
się tej sztuki nauczyć.
•Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na
zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt
nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do
czego służą kaski i ochraniacze.
•Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał
nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
•Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję, żeby zakablować
rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek
był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
•Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się
od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
•W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie
potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy
grzecznie spać.
•Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał
nam uwagi.
•Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer,
udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też
wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
•Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby
odzwierzęce.
•Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie
osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt
nie mył, po tej czynności, rąk.
•Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle
chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień
dobry i nosić za nią zakupy.
• Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły
miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
•Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy
powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
•Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec
postawił mu piwo.
•Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że
mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
•Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i
nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
•Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje
pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym
wieku. My również.
•Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy
zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
•Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.
Czasami próbowaliśmy to jeść.
•Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył
kalorii.
•Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie
brzydził.
•Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie
umarł.
•Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że
dla nas, to wstyd.
•Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i
wycierania ust rękawem.
•Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie
nawzajem.
•Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie
dawać radę sami.
•Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi,
wolność była naszą własnością.
•Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy
ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych
wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli
studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i
wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać
patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie
wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy
dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków,
zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach
małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który
psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My
nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej
niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią
nasze szalone lata 80.:
•Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w
naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i
odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę.
Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy
zasad BHZ (Bezpieczeństwo Higieny Zabaw).
•Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy
opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od
zerówki.
• Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się
spociliśmy.
•Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek,
herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas
zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał
szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził
babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
•Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które
wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy
się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
•Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad
nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach
wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
•Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w
podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie
muszą do niej wracać.
•Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie
utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby
się tej sztuki nauczyć.
•Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na
zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt
nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do
czego służą kaski i ochraniacze.
•Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał
nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
•Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję, żeby zakablować
rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek
był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
•Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się
od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
•W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie
potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy
grzecznie spać.
•Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał
nam uwagi.
•Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer,
udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też
wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
•Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby
odzwierzęce.
•Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie
osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt
nie mył, po tej czynności, rąk.
•Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle
chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień
dobry i nosić za nią zakupy.
• Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły
miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
•Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy
powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
•Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec
postawił mu piwo.
•Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że
mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
•Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i
nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
•Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje
pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym
wieku. My również.
•Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy
zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
•Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.
Czasami próbowaliśmy to jeść.
•Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył
kalorii.
•Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie
brzydził.
•Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie
umarł.
•Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że
dla nas, to wstyd.
•Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i
wycierania ust rękawem.
•Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie
nawzajem.
•Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie
dawać radę sami.
•Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi,
wolność była naszą własnością.
•Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy
ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych
wychowawców.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli
studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i
wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać
patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie
wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy
dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków,
zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
piątek, 22 października 2010
Chciwość.
Na chwilę przerwałam swoje rozważania na temat grzechów głównych.Omówiłam już: nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, pychę.Czas na chciwość.
Na jej temat nawet nie chce mi się żartować.
Oszczędność skąpstwo to to samo co chciwość?
Wydaje się,że tak.Tak nie jest. Chciwość kojarzy się z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych. Nie chodzi tu o sentyment czy przywiązanie do pewnych przedmiotów.
Dziś wyraźnie przesadne przywiązywanie się do dóbr materialnych — zwłaszcza w obliczu groźby bezrobocia i wysokich kosztów utrzymania - wydaje się rozsądną postawą. W naszych czasach coraz rzadziej mówimy o chciwości, a jeśli już dostrzegamy u kogoś taką postawę, to skłonni jesteśmy interpretować ją w sposób niemal pozytywny, traktując tego typu zachowanie jako unikanie rozrzutności, jako jedynie skąpstwo czy jako przejaw roztropnego oszczędzania pieniędzy.
Otóż chciwość to postawa, która sprawia, że rzeczy materialne stają się dla człowieka ważniejsze od osób. Chciwiec bardziej „kocha” pieniądze niż ludzi. W konsekwencji staje się niewrażliwy na los i na potrzeby bliźnich. Nie jest w stanie nikomu pomóc w bezinteresowny sposób. Chciwość nie tylko blokuje zdolność do miłości, lecz prowadzi do bolesnych konfliktów w relacjach międzyludzkich. W sposób szczególnie dramatyczny chciwość niszczy więzi w małżeństwie i rodzinie, gdyż prowadzi do zazdrości, niesnasek, wrogości i zawiści. Chyba ,że małżeństwo tworzą ludzie jednakowo chciwi i potrafią się w tej materii dogadać.
Osobiście znam takie małżeństwo.Sprawdza się :-)
Są tak chytrzy dla samych siebie,że kupują chleb na wyprzedażach, kiełbasę tylko najtańszą, odzież przeważnie w second handach.Uwierzcie, nie są biedni.Nie bieda nakazuje im jeść przeterminowane produkty.
Człowiek chciwy czuje się zawsze pokrzywdzony materialnie. Dla pieniędzy potrafi podać do sądu swoich krewnych. Jedno z niemieckich przysłów wyraża tę prawdę w formie ironicznego pytania: „Podzieliliście już majątek między sobą czy też panuje jeszcze zgoda w waszej rodzinie?”
W moim mieście żył człowiek. Bardzo ubogi.Nazywano go Władek Krowa.Chodził nędznie ubrany i prowadził ze sobą krowę.Pewnie chodził ją gdzieś pasać. Człowiek był lekko szturchnięty, śmierdzący i mieszkający w walącym się domu.
Gdy zmarł ów człowiek, podczas rutynowej kontroli policji w jego chałupie okazało się, że zgromadził on pokaźne sumy pieniędzy.Trzymał je w sienniku.
Był więc bogaty czy biedny? Był biedny, bo mamy naprawdę tylko te pieniądze, które wydaliśmy. Dopiero bowiem wtedy, gdy „tracimy” posiadane pieniądze, zamieniamy symbol, możliwość, na faktyczne dobra: na ubranie, jedzenie, prezent dla przyjaciela czy dar dla człowieka w potrzebie. Banknoty nie mają żadnego innego zastosowania niż to, by je wydać. Człowiek chciwy nie chce o tym wiedzieć i dlatego staje się okrutnie „oszczędny” nawet dla samego siebie.
Na jej temat nawet nie chce mi się żartować.
Oszczędność skąpstwo to to samo co chciwość?
Wydaje się,że tak.Tak nie jest. Chciwość kojarzy się z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych. Nie chodzi tu o sentyment czy przywiązanie do pewnych przedmiotów.
Dziś wyraźnie przesadne przywiązywanie się do dóbr materialnych — zwłaszcza w obliczu groźby bezrobocia i wysokich kosztów utrzymania - wydaje się rozsądną postawą. W naszych czasach coraz rzadziej mówimy o chciwości, a jeśli już dostrzegamy u kogoś taką postawę, to skłonni jesteśmy interpretować ją w sposób niemal pozytywny, traktując tego typu zachowanie jako unikanie rozrzutności, jako jedynie skąpstwo czy jako przejaw roztropnego oszczędzania pieniędzy.
Otóż chciwość to postawa, która sprawia, że rzeczy materialne stają się dla człowieka ważniejsze od osób. Chciwiec bardziej „kocha” pieniądze niż ludzi. W konsekwencji staje się niewrażliwy na los i na potrzeby bliźnich. Nie jest w stanie nikomu pomóc w bezinteresowny sposób. Chciwość nie tylko blokuje zdolność do miłości, lecz prowadzi do bolesnych konfliktów w relacjach międzyludzkich. W sposób szczególnie dramatyczny chciwość niszczy więzi w małżeństwie i rodzinie, gdyż prowadzi do zazdrości, niesnasek, wrogości i zawiści. Chyba ,że małżeństwo tworzą ludzie jednakowo chciwi i potrafią się w tej materii dogadać.
Osobiście znam takie małżeństwo.Sprawdza się :-)
Są tak chytrzy dla samych siebie,że kupują chleb na wyprzedażach, kiełbasę tylko najtańszą, odzież przeważnie w second handach.Uwierzcie, nie są biedni.Nie bieda nakazuje im jeść przeterminowane produkty.
Człowiek chciwy czuje się zawsze pokrzywdzony materialnie. Dla pieniędzy potrafi podać do sądu swoich krewnych. Jedno z niemieckich przysłów wyraża tę prawdę w formie ironicznego pytania: „Podzieliliście już majątek między sobą czy też panuje jeszcze zgoda w waszej rodzinie?”
W moim mieście żył człowiek. Bardzo ubogi.Nazywano go Władek Krowa.Chodził nędznie ubrany i prowadził ze sobą krowę.Pewnie chodził ją gdzieś pasać. Człowiek był lekko szturchnięty, śmierdzący i mieszkający w walącym się domu.
Gdy zmarł ów człowiek, podczas rutynowej kontroli policji w jego chałupie okazało się, że zgromadził on pokaźne sumy pieniędzy.Trzymał je w sienniku.
Był więc bogaty czy biedny? Był biedny, bo mamy naprawdę tylko te pieniądze, które wydaliśmy. Dopiero bowiem wtedy, gdy „tracimy” posiadane pieniądze, zamieniamy symbol, możliwość, na faktyczne dobra: na ubranie, jedzenie, prezent dla przyjaciela czy dar dla człowieka w potrzebie. Banknoty nie mają żadnego innego zastosowania niż to, by je wydać. Człowiek chciwy nie chce o tym wiedzieć i dlatego staje się okrutnie „oszczędny” nawet dla samego siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)