poniedziałek, 8 grudnia 2008

Święta,święta.


Siostra przesłała mi linka do bloga i posta pewnej Pani. Oto on: http://gosia-or.blog.onet.pl/2,ID351678637,index.html
Przeczytałam i zaczęłam wspominać.
Rok 1981, 13 grudnia, niedziela. Miałam 13 lat. Ogłoszono stan wojenny. Z wizytą u nas była babcia.Panika, jak wróci do domu, do miejscowości oddalonej o 150 km. Pakuje się. W tv ogłoszono,że jeszcze przez dzień czy dwa można jeździć bez przepustek.Pakuje się i wyjeżdża. Na porannej mszy w Kościele tak jakoś cicho i smutno.Tak, te święta były inne.

Jednak święta w latach komuny wogóle były inne.
Zdobywanie żywności, prezentów i wszelkich innych produktów stanowiło o wyjątkowości świąt.Nie myślę mówić,że było fajnie. Okres przedświąteczny był okupiony wiecznie zmarzniętymi nogami i rękami.Cud,ze człowiek nic sobie nigdy nie odmroził. A zimy tamtych lat były mroźne.

Pomarańcze występowały u nas tylko w grudniu i tylko w paczkach mikołajkowych, słodycze i ich ilość też miały inny wymiar. Choinkę ubierało się w bombki, łańcuchy robione co rok przez dzieci w szkole, w ozdóbki ręcznie robione i takie śmieszne celofanowe włosy anielskie.
Mama wieszała laski cukrowe i cukierki na choince, a i jabłka były standardem. Ostatnie jabłka tej zimy. Na orzechy włoskie robiłam koszyczki z papieru kolorowego,cukierki ubierałam w nowe szaty z bibuły marszczonej,biłam rekordy w długości łańcucha choinkowego. Do dziś umię robić różne dziwne bibeloty na choinkę. Moje dzieci już nie posiadły tej zdolności.
Choinka mieniła się kolorami, choinka pachniała jabłkami i słodyczami. Uwielbiałam leżeć pod choinką i patrzeć w mieniące się bańki. One potrafiły mnie (dziecko prawie z ADHD) wprowadzić w stan hipnozy. Bo to był zaczarowany świat, zaczarowana choinka, zaczarowany czas.
Zastanawiam się dlaczego to był czarowny czas i myślę,że dlatego, że tv , reklama i komercja nie wchodziła z butami do naszych domów.To był czas tylko dla rodziny. Czas niemal intymny.
Wigilia. Od rana zapachy wydostawały się z kuchni.Zapachy jedzenia, które dla mnie miało tę zaletę,że było bezmięsne.
Odświętne ubrania, opłatek, kolędy. Po wigilii zaczynało się kolędowanie. Kolędnicy w strojach wcześniej pieczołowicie przygotowywanych śpiewali kolędy. Musieli się starać. Musieli ładnie śpiewać. Musieli mieć piękne szopki lub stroje. Inaczej nie dostaliby nic. Dziś byle srajdki przyjdą Ci pod drzwi , odwalą chałę i chcą kasę.
Pamietam,że w jednym roku mój tata ćwiczył mnie i koleżankę w śpiewaniu kolęd. Musiałyśmy umieć perfekcyjnie i to nie jedną kolędę, by móc zaśpiewać gdyby tubylcy zechcieli jeszcze i jeszcze.
Oj, miałam dosyć kolęd. Gdy ojciec uznał,że można nas wypuścić na kolędowanie, mama uszyła nam stroje. Były wyjątkowe.
Opowiem jak wyjątkowe.
Koleżnace mama uszyła królewską pelerynę, czerwoną z białymi obszyciami. Koronę zrobiłyśmy ze złotek po cukierkach i czekoladach. Była piękna. Berło -to była drewniana pałka do ucierania ciasta w makutrze obłożona sreberkiem. Koleżanka miała piękne wąsy.Była królem Herodem.
Ja, ja zgodnie z moją naturą zostałam diabłem. Miałam jakieś czarne ubranko, na ramionach czarną pelerynę z czerwonymi obszyciami. Wiem,że miałam rogi, ale jak one mi się trzymały na głowie, nie pamietam. Twarz miałam wysmarowaną na czarno, w ręce dzierżyłam widelec taki duży do przewracania mięsa. Na nadgarstku miałam woreczek po tytoniu mojego taty , który robił za sakiewkę do zbierania pieniążków. Nasz wygląd był powalający.

Tata nas wypuśił po wszystkich mieszkaniach w klatce.Robił za naszego ochroniarza. Zawsze był koło nas, niewidoczny dla tubylców.
Szło nam świetnie. Nikt nie odmówił przyjęcia kolędników aż do momentu gdy zapukałyśmy do mieszkania pewnego młodego małżeństwa.
Puk,puk. Kobieta otwiera drzwi. Wrzask i trzask, a my osłupiałe stoimy pod drzwiami. Za chwilę drzwi się znowu otwierają a tam śmiejący się facet i jego żona przytulona do niego jak dziecko. Odśpiewałyśmy swoje, dostałyśmy zapłatę. Tu z ukrycia wyszedł tata, przeprosił za nas,że ją wystraszyłyśmy, że ma nadzieję,że nic się nie stało.Kobieta była w ciąży. Oboje się śmiali i byli bardzo zadowoleni. Po tylu latach a to pamiętam. Dziwne jakie rzeczy człowiek zapamiętuje. A jeszcze dziwniejsze jak to zapamiętuje.Podejrzewam,że zeznania mojej koleżanki (Heroda) różniłyby się od moich. Pewnie co innego zapamietała, albo nic nie pamięta.

2 komentarze:

Missy pisze...

13 grudnia 1981 r. to ja miałam rok i dwa tygodnie... jakoś chyba tak.
I tak uważam, że pan generał* jeszcze za to nie odpowiedział we właściwy sposób! Ale rozliczą go może jeszcze inne pokolenia... Szkoda!



---------------
* specjalnie napisałam to małą literą!

Missy pisze...

Szkoda... = miałam na myśli, że "szkoda, że DOPIERO przyszłe pokolenia a nie te jeszcze trochę pamiętające".