poniedziałek, 1 czerwca 2009

Poszukiwania pracy.

Pracy szukać można w sposób aktywny i pasywny (bierny).

Pierwszy sposób polega na tym, że kandydat występuje sam z ofertą, zaś drugi to jego odpowiedź na ogłoszenie. Metoda ta jest popularniejsza, posiada zalety takie jak pewność istnienia wolnego etatu, znajomość wymagań pracodawcy co do kandydata. Szukanie pracy w ten sposób nie musi jednak być skuteczne, gdyż jest się jednym z bardzo wielu (często wykwalifikowanych) kandydatów.

Do metod pasywnych należą:
rejestracja w biurze pośrednictwa pracy
analiza ogłoszeń prasowych
odpowiadanie na ogłoszenia w innych mediach (radio, lokalna telewizja, Internet, itp.)


Każdego wcześniej czy później to czeka. Każdy musi znaleźć sobie jakąś pracę. I sceptyk, i entuzjasta, optymista i pesymista.

Przypuśćmy, że jesteś optymistą. Masz spore doświadczenie zawodowe, pięknie napisane przez profesjonalistę CV i LM. Oczywiście nie za darmo, bo wiesz z książek i wypowiedzi innych, że w siebie warto inwestować.
Przeglądasz więc oferty pracy i każdego dnia znajdujesz wśród nich kilka, może nawet kilka czy kilkanaście odpowiadających twoim kwalifikacjom i oczekiwaniom. Wysyłasz więc do wszystkich oferentów swoją aplikację. Robisz to z entuzjazmem, popartym bezgraniczną wiarą w mądrość przysłów o kowalach własnego losu, optymistach, spełnianiu się marzeń itp.

Następnego dnia znajdujesz kolejna kilkanaście ogłoszeń pasujących do twoich kwalifikacji. Znów wysyłasz pod wskazane adresy kilkanaście wspaniałych aplikacji, z których bije twój entuzjazm połączony z doskonałym samopoczuciem i wiarą w sukces. I tak przez miesiąc, drugi, trzeci... I o dziwo, wbrew zapewnieniom zawartym w poradnikach, wbrew gwarancjom, udzielonym przez autora profesjonalnie przygotowanych twoich dokumentów aplikacyjnych pracy nie znajdujesz. Ba mało tego, NIKT nie odpowiedział na twoją aplikację.

Co dalej? Nie tracąc optymizmu znów przez kilka miesięcy wysyłasz setki aplikacji i znów na żadną z nich nie dostajesz odpowiedzi albo - ktoś grzecznościowo zawiadomi cię, że rekrutacja już zakończona,albo że nie spełniasz jakiegoś warunku, niezbędnego do pracy na danym stanowisku. Nie tracisz optymizmu i znów wysyłasz setki aplikacji, aż...

Aż przychodzi ten moment, że nie masz już co włożyć do garnka, marzysz choćby o kromce suchego chleba raz na dzień, na którą to kromkę już cię nie stać bo oszczędności pochłonął abonament internetowy podczas twoich bezowocnych poszukiwań pracy.
Na dodatek administracja domu chce cię usunąć z mieszkania za niepłacenie czynszu i nie przekonują jej twoje zapewnienia, że zgodnie z prawami statystyki jesteś już o krok od otrzymania kilkunastu propozycji pracy, w których zamierzasz przebierać, jak w koszyku ze śliwkami, szukając najlepszej.

Nadal nie tracisz optymizmu? Nieśmiało sugeruję - odwiedź jakiegoś dobrego psychiatrę, dopóki masz jeszcze parę groszy na bilet autobusowy, żeby móc do niego dojechać.


Moje własne doświadczenia w poszukiwan pracy dobitnie pokazują mi bezcelowość zakupu poradnikow typu: jak napisać profesjonalne CV, co zrobić aby pracodawca był tobą oczarowany po rozmowie kwalifikacyjnej itp.

Wszystko to bezużyteczne śmieci, których nawet nie warto czytać.... lepiej w tym czasie pooglądać tv.

Co jest więc ważne przy poszukiwaniu pracy:
1.znajomości
2.znajomości
3.doświadczenie i prestiż firmy w jakiej pracowałeś
4.studia i tytuły które czasem są mniej warte niż jednodniowe kursy poparte certyfikatami.


Niestety sam optymizm nie wystarczy,bo coś trzeba jeść a i nierzadko kogoś nakarmić...

Znam dziesiątki ludzi o takich kwalifikacjach, że w pojedynkę mogliby swoją wiedzą i doświadczeniem zastąpić kilkunastu pracowników w każdej firmie z ich branży.
Ci ludzie nie znajdują pracy latami, choć usilnie o nią się starają.

Na czym polega niechęć pracodawców do ludzi, którzy mają bardzo wysokie kwalifikacje, kilka tytułów przed nazwiskiem i świadectwa pracy z najlepszych firm w swojej branży?

Brak im po prostu znajomości czy odpowiedniego powinowactwa.Przegrywają , więc z ludźmi którzy TO mają.Nie koniecznie mają rozum, ale mają TO.
I tacy ludzie zarządzają działami, podejmują durne decyzje a Zarząd udaje,że nie widzi nic, bo to np. syn Dyrektora....

Osobiście takich przykładów mogłabym mnożyć z własnego doświadczenia.

Chyba najlepszym wyjściem jest samozatrudnienie.Pojawia się jednak problem: brak kapitału. Bo każda działalność wymaga kapitału.
Kolejny problem: co robić by mieć zbyt?

Czyli pomysł na biznes....

O tym innym razem.

5 komentarzy:

Ezieta pisze...

Kasiu,
ja po studiach tez tak wlasnie pracy szukalam i to w dodatku razem z mezem. Gdy po wyslaniu dziesiatek ofert w koncu ktos odpowiedzial, nawet nie dojechalismy na rozmowe, bo po drodze, w polowie drogi dostalismy telefon, ze te miejsca juz sa zajete przez kogos innego.
W koncu natrafilismy na nasza dziure, w ktorej mieszkamy do dzis. Ja pracowalam w przychodni, maz w szpitalu. Po kilku latach zamknieto przychodnie i kazano sie prywatyzowac. To byla wielka niewiadoma, w dodatku kasy chorych placily za swiadczenia z duzym opoznieniem. Kilka miesiecy bylam bez pensji, maz mi dawal na ZUS, ale jakos powoli sie zaczelo krecic...Szpital tez zamknieto. Maz poszedl do pracy do POZ. Zanim w koncu stanelismy na nogi, bylo nam ciezko...
I ja osobiscie co roku przezywam horror, bo moge zostac bezrobotna po konkursie w nfz. Tak jak w tym roku bylo...
Jak widzisz, problem pracy dotyczy wszystkich zawodow, ale zgadzam sie z Toba w zupelnosci-nie kwalifikacje, umiejetnosci decyduja o pracy, a znajomosci, swoisty "handel" posadami-moj syn bedzie tu i tu pracowal a ja zalatwie to i to....

Daisy pisze...

Taa... I ja przez rok byłam bez pracy w Polsce, a potem i tak zatrudniono mnie na, długie bo czteroletnie, ale zastępstwo... I co z tego, że pani, którą zastępowałam, nie miała kwalifikacji i ich nie uzupełniła (mimo że powinna) - i tak wróciła do pracy, a ja wyleciałam. Kolejną robotę znalazłam, bo dowiedziałam się od koleżanki, że w jej firmie będą kogoś szukać. Niby nic, ale inaczej szukałabym z pozycji bezrobotnego. Kicha... Dlatego teraz jesteśmy tu, nie tam.

Kasia pisze...

I tak jest w mojej firmie.Nic się nie liczy tylko znajomości i rodzinne powiązania.Szefami zostają krewni.To nic,ze często to idioci nie mający pojęcia o niczym.To nie jest ważne.Idioci rządzą.No i w firmie jest źle.Coraz gorzej.Ja cały czas szukam....i brak mi entuzjazmu.Myślę,ze jestem głupia albo nie mam szczęścia...

Daisy pisze...

Głupia nie jesteś, pewnie tylko za uczciwa, nie umiesz rozpychać się łokciami lub być miła w odpowiednim momencie. Co ze szczęściem - trudno powiedzieć poza tym, że to rzecz względna... Właśnie przeczytałam sobie najnowszego posta ani z jezior i myślę, że gorzej byłoby urodzić się w dzielnicy nędzy na innym kontynencie. Jestem szczęściarą, naprawdę!

Kasia pisze...

:)